Reklama

Radio Biper rozmawia z Dudkiem! (galeria)

Z Ireneuszem Dudkiem, bluesmanem, rockmanem, producentem, organizatorem największego na Śląsku festiwalu Rawa Blues ale także skrzypkiem i harmonijkarzem ustnym - na co dzień Dudek gra z Dudek Blues Band, orkiestrą kameralną i Shakin’ Dudi - a artystą rozmawia Istvan Grabowski.

Istvan Grabowski: Twoje nazwisko kojarzone jest od lat z bluesem. Czy odbierasz to jako powód do dumy?
Irek Dudek: Tak. Blues jest podstawą wszelkiej muzyki, poza klasyczną. Blues jest moją wielką namiętnością. Zawsze marzyłem, aby go grać i śpiewać. Jeśli tego nie robiłem, to tylko dlatego, że musiałem do tego dojrzeć. Często bywa tak, że próbują go interpretować ludzie, którzy nie czują frazy. Podejmując się organizacji festiwalu bluesowego, próbowałem pokazać ludziom piękno tej muzyki. Chyba mi się to udało, skoro amerykańska The Blues Foundation przyznała stworzonej przeze mnie Rawie nagrodę Keeping Blues Alive. Odbierałem ją w Memphis i rozpierała mnie duma.

Istvan Grabowski: Powiedz, dlaczego blues. Zaczynałeś przecież przygodę sceniczną od formacji rockowych.
Irek Dudek: Miały one jednak źródło w bluesie. Zarówno Silesian Blues Band, jak Apokalipsa czy Irjan nawiązywały do rytm and bluesowych tradycji Animalsów, Rolling Stonesów, Jimiego Hendrixa czy Pretty Things. Nie ustawałem z kolegami w poszukiwaniach nowych form wyrazu. Od połowy lat 80. moje zespoły miały już bluesa w nazwie. Przypomnijmy choćby: Big Blues Band, Dudek Blues Band, czy Sesję Bluesową.

Istvan Grabowski: Do uprawiania takiej muzyki potrzebne jest zrozumienie klimatu i feelingu. Gdzie doskonaliłeś umiejętności?
Irek Dudek: Pod koniec lat 70. przebywałem w Chicago, gdzie grałem z miejscowymi bluesmanami. W kraju udzielałem się w otwartych na nowinki klubach studenckich. Graliśmy głównie zachodnie utwory, więc o wiele trudniej było się nam przebić, niż np. Budce Suflera grającej polskie kawałki. Miałem jednak świadomość, że postawiliśmy
sobie wysoką poprzeczkę. Dziś to procentuje.

Istvan Grabowski: 38 lat temu zorganizowałeś w Katowicach największy w kraju festiwal Rawa Blues, uważany też za znaczący w Europie. Co roku, w październiku przyjeżdżają nań światowe gwiazdy bluesa i soulu. Co skłoniło cię do podjęcia roli organizatora?
Irek Dudek: Obserwowałem uważnie scenę muzyczną, a takiego festiwalu u nas nie było. Obiecałem znajomym, że zaproszę ich na profesjonalnie zorganizowany festiwal i słowa dotrzymałem. Na pierwszą edycję, zorganizowaną w katowickim Spodku, przyszło blisko 8 tys. fanów. Nikt się nie spodziewał podobnego sukcesu muzycznego i komercyjnego. Potem festiwal rozwinął skrzydła. Koncertowały na nim takie gwiazdy, co; Blind Boys of Alabama, Shawn Holt and the Tearrdrops, Otis Taylor Band, James Blood Ulmer, Heritage Blues Orchestra, Robert Cray, Debbie Davis i Evin Bishop.

Istvan Grabowski: Co należy do twoich zadań jako producenta imprezy?
Irek Dudek: Praktycznie wszystko. Kiedy zamykam i sumuję jeden festiwal, natychmiast zaczynam przymiarki do wykonawców następnego roku. Obserwuję, kto jest na światowym topie bluesa, kto miałby wolny termin, aby zagrać w Katowicach i próbuję negocjować wynagrodzenie. Weryfikuję też propozycje napływające do mnie od mniej znanych, a ambitnych artystów. Nie zapominajmy, że festiwal odbywa się na scenie głównej i bocznych. Staram się uwzględniać różnorodność oferty muzycznej. Dwa lata temu zorganizowałem udany koncert w Sali Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. W roli dyrygenta wystąpił Krzesimir Dębski, a mnie przyszło wystąpić z 70-osobową orkiestrą symfoniczną. Było to nie lada wyzwanie.

Istvan Grabowski: Skrzypce, których uczyłeś się za młodu, zamieniłeś na harmonijkę ustną. Czy to był dobry wybór?
Irek Dudek: Nie ograniczam się tylko do harmonijki, choć jest mi ona bardzo bliska. Na skrzypcach uczyłem się grać repertuar klasyczny i w wieku 15 lat byłem za młody, aby zrozumieć wielkość tej muzyki. Po latach jednak powróciłem do skrzypiec i gram na nich trochę inaczej. Zainteresowałem się też gitarą, którą w młodości traktowałem jako akompaniament do zabawy przy ognisku. Często do koncertu wybieram tylko jeden instrument, aby zagrać na nim w miarę dobrze.

Istvan Grabowski: Oglądając transmisję telewizyjną z koncertu jubileuszowego Katowic, byłem pod wrażeniem świetnej formy zespołu Shakin’ Dudi. Podobno traktowałeś go kiedyś z przymrużeniem oka.
Irek Dudek: Początkowo miał to być jednorazowy happening na muzycznej Rock Arenie, sięgający do punka i garażowego rock and rolla. Dobrałem nietypowy skład, łączący muzyków punkowych, bluesowych i jazzowych. Towarzyszący mi koledzy (w obawie przed obciachem) nie chcieli początkowo ujawniać swoich nazwisk. Zdecydowałem się więc użyć pseudonimu Shakin’ Dudi do projektu, który miał być pastiszem. Ku naszemu zaskoczeniu, publiczność przyjęła nasz spontaniczny występ gorąco i bardzo serio. Nie dostrzegła drwiny w piosenkach „Au szala la la” i „Opakowanie pierwsza klasa”, choć ja się chciałem tylko dobrze zabawić. Przebraliśmy się z kolegami w niemodne garnitury, graliśmy na wielkim luzie, a mimo to okrzyknięto nas rewelacją kilku festiwali. Momentami irytował mnie brak krytycyzmu nastolatek, wpadających w zachwyt przy numerach „Och Ziuta” czy „To ty słodka”.

Istvan Grabowski: Powiedz, czy eksperymentując z Darkiem Duszą miałeś podejrzenie, że te utwory mogą przetrwać aż trzy dekady?
Irek Dudek: Zdecydowanie nie. Chciałem być uczciwy wobec samego siebie i ludzi. Miałem wrażenie, że publiczności przejedzą się szybko Ziuta, Czerwony Kapturek i Słodka Dręczycielka. Myślałem, aby spróbować czego innego, w nieco odmiennej formie. Życie dopisało jednak inny ciąg dalszy. W 1985 roku nagraliśmy szybko „Złotą płytę”. Poszło nam to nadzwyczaj sprawnie i ta lekkość formy dała się przenieść na scenę. Niektórzy z mojej ekipy mieli dość i nie chcieli brnąć w to dalej. Wymieniłem ich na innych muzyków i dziś gramy jak przed trzydziestu laty, choć inaczej. Kiedyś zdawało się, że im gorzej będziemy brzmieli, tym lepiej. Teraz bardzo serio traktujemy partie instrumentalne.

Istvan Grabowski: Jak teraz, z perspektywy lat oceniasz ten projekt?
Irek Dudek: Happening nie był zły i przyniósł pozytywne efekty. Gdyby nie powodzenie Shakin’ Dudiego, nie nagrałbym następnych płyt z The Dudis i Dudek Blues Band. Jako Shakin’ Dudi koncertujemy okazjonalnie, ale widzę, jaką solidność prezentują moi koledzy. Ten sceniczny luz jest w pełni kontrolowany.

Istvan Grabowski: Karierę estradową przerwałeś w 1988 r. emigracją do Holandii, gdzie spędziłeś pięć lat. Co dał ci pobyt w kraju tulipanów?
Irek Dudek: Przede wszystkim mogłem profesjonalnie realizować Rawę Blues. Teraz wszystko wydaje się takie oczywiste i nie ma problemu, aby sprowadzić do Polski światową gwiazdę. Kiedyś taki zamiar graniczył z cudem. Dolar stał bardzo wysoko (100 zł) i opłacenie tylko gaży wykonawcom wydawało się nieprawdopodobne. W Amsterdamie poznałem tamtejsze środowisko muzyczne. Udało mi się nawiązać kontakty, które procentują do dzisiaj.

Istvan Grabowski: Słyniesz z doskonałych pomysłów, energii i zapału do grania. Z iloma formacjami pokazujesz się publicznie?
Irek Dudek: Gram z Dudek Blues Band, orkiestrą kameralną i Shakin’ Dudi. Gram też koncerty solowe. Za namową Krzesimira Dębskiego przymierzam się do bluesowych występów z kwartetem smyczkowym. Będzie niezła jazda

Istvan Grabowski: Rolą muzyka jest dawać ludziom radość i nadzieję. Jakie wartości mają dla ciebie znaczenie w życiu codziennym?
Irek Dudek: Jestem praktykującym katolikiem, więc najważniejszą wartością jest dla mnie Bóg. Staram się żyć w zgodzie z jego przykazaniami. Mimo rozlicznych zajęć, dużo czasu poświęcam rodzinie, rozwijając domowe kontakty w duchu świętym. Dostrzegłem, że wiara pomaga mi we wszystkim. Miałem w życiu wiele trudnych momentów, lecz dzięki wierze i modlitwie mogłem udźwignąć nawet te najtrudniejsze chwile. Wierzę, że życiem na ziemi jest tylko pewnym etapem, po którym czeka nas życie wieczne. Trzeba się do tego odpowiednio przygotować.

Istvan Grabowski: Przyznasz, że ludzie sceny niezbyt chętnie ujawniają swoje przekonania religijne. Ty nie masz z tym oporów.
Irek Dudek: Nie. Głupotą jest wstydzić się wyznawanej wiary. Powinno się raczej mówić o tym głośno, aby dać dobry przykład innym. Chcę dzielić się własnymi przekonaniami, a nie uciekać od nich.

Istvan Grabowski: Występowałeś w wielu zespołach muzycznych, co nie zawsze kończyło się oczekiwanym sukcesem. Czy dziś po latach czujesz się artystą spełnionym?
Irek Dudek: Oczywiście. Dzięki współpracy ze świetnymi muzykami, udało mi się zrealizować mnóstwo śmiałych pomysłów. Jestem im za to wdzięczny, bo samemu nie udałoby się tyle osiągnąć. Dumny jestem z festiwalu Rawa Blues, w którym co roku przewija się plejada gwiazd, a słucha ich z wypiekami na twarzy kilkutysięczny tłum. To są wzruszenia, o których trudno się opowiada.

Istvan Grabowski: Czego jeszcze można spodziewać się po Irku Dudku?
Irek Dudek: Nie wszystko da się przewidzieć. Na pewno nie ustanę w graniu koncertów. Scena to mój żywioł, a ja chcę być dobrym muzykiem. Mam nadzieję, że dalej będę organizował jedyny w swoim festiwal, zapewniając przyjemność sobie i szerokim rzeszom słuchaczy. Dzięki niemu mamy na Śląsku coraz więcej entuzjastów bluesa. Bardzo mnie to cieszy.

Istvan Grabowski: Czy chciałbyś jeszcze coś poprawić?
Irek Dudek: To zawsze można, jeśli się człowiek trochę postara. Żałuję, ze nie da się cofnąć czasu. Kiedy byłem młodszy miałem więcej energii i pomysłów. Do ich realizacji brakowało jedynie sposobności. Dziś chęci są ogromne, tyle że energii jakby mniej.


materiał: Radio Biper Biała Podlaska
zdjęcia: Łukasz Rak 
opracowanie: Gwalbert Krzewicki

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on email
Email

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz podobne artykuły

Reklama

Reklama

Reklama

Popularne tematy

Reklama

Popularne tagi

Może cię również zainteresować

Styrzyniec: Marek Jańczuk – odkrywa sekrety kamieni

Pozytywnie zakręcony działkowicz z Białej Podlaskiej Odkrywa sekrety kamieni Zaskakujące są niekiedy pasje ludzi zdawałoby się przeciętnych. Należy do nich Marek Jańczuk, który pozornie nie wyróżnia się niczym w gronie działkowców z POD „Piotruś” w Styrzyńcu. Na działce odziedziczonej po rodzicach uprawia warzywa i kwiaty. Zaskoczeniem jest natomiast wyposażenie wnętrza jego altany, którą skromnie można uznać za pracownię badawczo-rękodzielniczą.

Czytaj więcej »

Sławacinek Stary: Zdążyć z pomocą

Akcja charytatywna „Pomóż dzieciom przetrwać zimę” przekonuje do dobroczynności wielu bezinteresownych darczyńców. Angażuje też spore grono wolontariuszy, gotowych godzinami stać w sklepach i czekać na życzliwy gest kupujących.

Czytaj więcej »

Reklama