Reklama

Istvan Grabowski rozmawiał z Marią Sadowską

Z Marią Sadowską, wokalistką, pianistką, scenarzystką i reżyserem rozmawia Istvan Grabowski

Istvan Grabowski: Muzykę odziedziczyła pani w genach po sławnych rodzicach (wokalistka i flecista Liliana Urbańska i organista Krzysztof Sadowski). Czy buntowała się pani w wieku dziecięcym przeciwko ćwiczeniu gam i pasaży na fortepianie, kiedy akurat koleżanki miały czas na zabawę?

Maria Sadowska: Trudno uciec od muzyki, jeśli wiek niemowlęcy spędza się w klubie jazzowym, a dzieciństwo w trasie koncertowej rodziców. Nie miałam poczucia buntu, bo moi rodzice nie chcieli, abym szła w ich ślady. Nie posłali mnie nawet do szkoły muzycznej. Miałam o to do nich trochę żalu. W wieku dziewięciu lat sama zaczęłam grać na fortepianie i wybłagałam mamę, aby zapisała mnie do szkoły muzycznej. Potem przez dwanaście lat uczyłam się grać klasykę. Kiedy nie miałam ochoty na ćwiczenie z instrumentem, mama przypominała mi, że sama o to zabiegałam.

Istvan Grabowski: Kiedy w takim razie zapragnęła pani być wokalistką?

Maria Sadowska: Niejednej dziewczynce marzy się rola uwielbianej przez tłumy piosenkarki, choć nikt w tym wieku nie zdaje sobie sprawy, jak trudny i wyczerpujący jest to zawód. Nie pamiętam przełomowego momentu, kiedy postanowiłam śpiewać na serio. Dosyć wcześnie założyłam pierwszy zespół, z którym dane mi było zaliczyć wiele festiwali. Kiedy trafiłam do telewizji, zaczęła się moja wielka przygoda. Potem miałam dłuższą przerwę i po maturze zastanawiałam się, jaką drogę mam wybrać. Świadomie nie wybrałam akademii muzycznej po ukończeniu szkoły drugiego stopnia, bo jakoś nie widziałam siebie w roli klasycznej instrumentalistki. Szukałam alternatywnej drogi i stąd pewnie wybór filmu, który zawsze był moją pasją.

Istvan Grabowski: W dziecięcym wieku objechała pani liczne festiwale młodych talentów. Jak patrzy pani na to z perspektywy lat?

Maria Sadowska: To była piękna przygoda, choć zostawiła też pewne piętno. Mieliśmy ogromny (prawie 100-osobowy) zespół i dawaliśmy mnóstwo koncertów. W szarych latach PRL taki zespół dostarczał kolorowych przeżyć. Popularność, jaką zapewniła mi wtedy telewizja, wywołuje teraz różne refleksje. Ani ja, ani moi koledzy nie spodziewaliśmy się, że kariera zatoczy tak szerokie kręgi. Miała ona i złe strony. Przez wiele lat dorosłego życia musiałam udowadniać, że nie jestem już małą, beztroską Marysią.

Istvan Grabowski: Jak to się stało, że zamiast piosenki lekkiej, łatwej i przyjemnej wybrała pani niszowy jazz?

Maria Sadowska: Buntowałam się przeciw tradycyjnemu rozumieniu jazzu, jakiego słuchałam w domu rodzinnym, lecz uświadomiłam sobie, jak trudno uciec od przeznaczenia. Brałam czynny udział w rewolcie muzycznej i byłam jednym z prekursorów jej odmiany klubowej. Teraz skutecznie mieszam gatunki uważane za niszowe. Miałam taki moment w życiu, gdy próbowałam wejść w mainstreamowy show biznes. Pracowałam w USA i Japonii, a nawet nagrałam tam dwie płyty. W Ameryce zrozumiałam jednak, że nie nadaję się do tworzenia proponowanej mi muzyki dance, ani innej komercyjnej produkcji. Amerykański epizod utwierdził mnie w przekonaniu, że moja doga muzyczna musi być inna, może bardziej wyboista, ale bliska temu, co lubię. Chciałam odkrywać, poszukiwać własnych ścieżek, komponować muzykę autorską. Teraz nazywam swą twórczość popem złamanym jazzem i muzyką klubową.

Istvan Grabowski: Dorobiła się pani kilkunastu płyt, w tym dwóch pokrytych złotem. Która z nich wydaje się pani szczególnie bliska?

Maria Sadowska: Nie potrafię jednoznacznie wybrać. Lubię płyty „Tribute to Komeda”, „Spis treści” i „Jazz na ulicach”. Przyniósł on mi i zespołowi wiele sukcesów i radości.

Istvan Grabowski: Podobno nagrywała ją pani na żywo, a nie oddzielnie każdą ścieżkę wokali i instrumentów.

Maria Sadowska: Ja w ten sposób realizuję wszystkie swoje nagrania. Nie mam przekonania do tradycyjnej metody. Można nagrywać utwory w komputerze, wykorzystując różne sample (tak powstał tytułowy utwór „Jazz na ulicach”), jednak przy grze zespołowej, tradycyjna forma nagrań zabija ducha muzyki, pozbawia ją spontaniczności.

Istvan Grabowski: Jak czuje się pani w roli liderki dosyć licznej grupy muzycznej?

Maria Sadowska: Miałam w swoim życiu wiele zespołów. Ten wydaje mi się szczególny. Nazwaliśmy się Jazzowymi Terrorystami. W zespole grają znacznie młodsi ode mnie ludzie. Wnoszą do pracy energię i świetne pomysły. Mam wrażenie, że wspólnie niesiemy słuchaczom kaganek jazzu. Zwłaszcza tym, którzy o jazzie zapomnieli i traktują go jako trudną, wręcz hermetyczną muzykę. Staramy się oswajać młodzież, przekonywać ją, że stereotypy są dalekie od prawdy.

Istvan Grabowski: Z wykształcenia jest pani muzykiem. Dlaczego zdecydowała się pani uzyskać dyplom reżysera filmowego?

Maria Sadowska: Z powodów praktycznych. Miałam w życiu momenty rozterek i zawahań. W okresie dojrzewania postrzegana byłam przez pryzmat wcześniejszej kariery dziecięcej i nikt nie chciał mnie traktować poważnie. Miałam zamknięte drzwi do wszystkich wytwórni płytowych. Skoro tak, to trzeba było szukać alternatywnych rozwiązań. Wybrałam film, choć dziś mam wrażenie, że zainteresowanie kinem towarzyszyło mi od dzieciństwa. Będąc jeszcze uczennicą wymyślałam scenariusze, przebierałam koleżanki w suknie mojej mamy i próbowałyśmy kręcić różne sceny. Kiedy zdobyłam kamerę, prawie się z nią nie rozstawałam. Nagrywałam przeróżne sytuacje, co niejednego mocno irytowało. Poza tym kochałam kino i mam to uczucie do dziś.

Istvan Grabowski: Rozumiem, że ta druga pasja dostarcza pani dodatkowych emocji.

Maria Sadowska: Uzupełnia mnie jako człowieka i artystkę. Bycie filmowcem pozwala mi być lepszym muzykiem i na odwrót.

Istvan Grabowski: Na scenie jest pani osobą impulsywną, dynamiczną, pełną ekspresji. Jak zachowuje się pani na co dzień?

Maria Sadowska: Rzeczywiście wyżywam się na scenie. W życiu prywatnym jestem bardziej stonowana.

Istvan Grabowski: Co panią irytuje, a co cieszy?

Maria Sadowska: Irytuje mnie ludzka głupota i niechęć do poszerzania horyzontów. Boleję nad tym, że współczesna kultura polska sprowadzona została do najniższych gustów. Dlatego buntuję się przeciwko takiemu stylowi i staram się promować dobrą muzykę, dobry film. Może uda mi się przekonać odbiorców do wybierania nie tylko taniej komercji. Cieszy mnie obecność młodych ludzi o otwartych głowach. Dzięki występom telewizyjnym udało mi się zetknąć z fantastycznie osłuchaną młodzieżą i pozyskać nowych zwolenników. W moim odczuciu wcale nie jest tak źle z naszą kulturą muzyczną, jak usiłują to przedstawiać media. Młodzi inteligentni ludzie oczekują od kultury czegoś więcej i na nich właśnie liczę.

Istvan Grabowski: W programie telewizyjnym „The Voice of Poland” pokazała się pani w roli trenera i jurora. Czy zdaniem pani jesteśmy krajem rozśpiewanym?

Maria Sadowska: Tak i to napawa mnie nadzieją. Oglądałam wiele edycji zagranicznych tego programu i miałam skalę porównawczą. W moim odczuciu nie odstajemy poziomem wokalnym od światowej poprzeczki. Niektórzy uczestnicy daliby sobie radę w USA czy Wielkiej Brytanii. Wybrałam „The Voice of Poland” ze względu na możliwość pracy trenerskiej z uczestnikami. Nie interesuje mnie tylko skrytykowanie lub pochwalenie kogoś. Podczas przygotowań do kolejnych bitew dawałam z siebie dużo i czułam, że biorę coś od uczestników.

Istvan Grabowski: Znana nauczycielka śpiewu Elżbieta Zapendowska powiedziała mi kiedyś, że do zawodu scenicznego potrzeba oprócz słuchu i głosu wielkiej odporności psychicznej. Ci, którzy jej nie mają, szybko wpadają w stresy i wypadają z gry. Czy u swych podopiecznych dostrzegła pani taką odporność?

Maria Sadowska: Tłumaczyłam członkom swej ekipy telewizyjnej, że ich obecność w programie to zaledwie krok na długiej drodze. Jeśli zależy im na tworzeniu czegoś wyjątkowego, powinni stale podnosić sobie poprzeczkę wymagań. Należy, bowiem mieć świadomość, że nagranie i wydanie bardzo udanej płyty niczego nie gwarantuje na dłużej. Muszą być następne, równie udane nagrania. Zresztą często tak bywa, że jedna płyta zapewni wykonawcy sukces, a druga przejdzie prawie niezauważona. Specyfiką zawodu estradowego są częste wahania. Raz jest się na wozie, a raz pod wozem. Bez odporności na stres niewiele da się osiągnąć.

Istvan Grabowski: Jakiej rady udzieliłaby dziś pani kandydatce na gwiazdę gotowej związać życie ze sceną?

Maria Sadowska: Powinna mieć świadomość mozolnej pracy związanej z nieustannym ćwiczeniem głosu. Jeśli naprawdę chce się śpiewać zawodowo, trzeba codziennie śpiewać minimum godzinę i występować jak najczęściej, aby oswoić się z estradą i publicznością. Artysta to zawód specyficzny. Bywa uwielbiany przez fanów, ale i znienawidzony przez hejterów, którzy nie znają litości. W tym zawodzie jest się nieustannie ocenianym i trzeba być przygotowanym na ciosy.

Istvan Grabowski: Jak widzi pani siebie za 20 lat?

Maria Sadowska: Sądzę, że w roli pedagoga. Podczas pracy przy „The Voice of Poland” odkryłam w sobie umiejętność dzielenia się wiedzą z innymi. Liczę też, że więcej czasu poświęcę filmowi. Wraz z wiekiem reżyser ma więcej do powiedzenia. Granie koncertów to ciężka praca fizyczna. Pewnie w przyszłości będę jeszcze śpiewała, choć nie wiem, czy z równym szaleństwem, co dziś.

materiał: Radio Biper Biała Podlaska
tekst: Istvan Grabowski
zdjęcia: autor i serwis wykonawczyni
opracowanie: Gwalbert Krzewicki

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Wyślij tweeta
Share on email
Wyślij e-mailem

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czytaj więcej o:

Reklama

Reklama

Zobacz podobne artykuły

Reklama