Reklama

Muzyka niesie radość! – wywiad z Leszkiem Cichońskim

Z gitarzystą bluesowym i autorem poradników muzycznych Leszkiem Cichońskim rozmawia Istvan Grabowski.

Istvan Grabowski: Ma pan opinię świetnego gitarzysty, teoretyka, autora warsztatów muzycznych i zdobywcy rekordu muzycznego Guinnessa. Jakie to uczucie wyznaczać nowe szlaki?

Leszek Cichoński: Fantastyczne. Każdy w życiu stara się być w czymś dobry, tylko nie wszyscy dostają okazję, aby to udowodnić innym. Mogłem zestarzeć się jako inżynier, nic po sobie nie zostawiając. Jednak ku zaskoczeniu mojej żony, którą poznałem na koloniach letnich w wieku 15 lat, wybrałem zamiast etatu inspektora sanitarnego rolę gitarzysty. Do dziś tego nie żałuję. Muzyka może być okazją do licznych podróży, które uwielbiam, ale też rodzajem filozofii życiowej.

Istvan Grabowski: Pańskim koncertom towarzyszą zazwyczaj warsztaty gitarowe. Czy znajduje pan odpowiednią ilość chętnych do ich poprowadzenia?

Leszek Cichoński: Oczywiście. Rzadko się zdarza, by przeszło mniej niż 15 osób. Są to ludzie w różnym wieku i różnym stopniu zaawansowania instrumentalnego. Próbujemy grać, improwizować i rozmawiać o życiu. Zwykle z bardzo dobrym skutkiem. Przekonuję uczestników moich spotkań, że szczęśliwym można być nie tylko w roli herosa rocka. Zachęcałem też do odwiedzania wiosną Wrocławia. Od dwunastu lat odbywają się tam imprezy „Thanks Jimi” z udziałem tysięcy kilku tysięcy muzyków.

Istvan Grabowski: Co sprawiło, że został pan gitarzystą?

Leszek Cichoński: Grać zacząłem w wieku 12 lat, podkradając instrument starszemu bratu. Uczyłem się sam w domu. Kopiowałem zagrywki mistrzów instrumentu m.in. Erica Claptona, B.B. Kinga, Johna Wintera, Jimiego Hendrixa. Początkowo grałem ze słuchu, ćwicząc i improwizując do nagranego przez siebie podkładu. Ukończyłem Politechnikę Wrocławską i z dyplomem inżyniera miałem podjąć pracę inspektora sanitarnego. Zbieg dramatycznych okoliczności spowodował jednak, ze wybrałem gitarę.

Istvan Grabowski: Skąd wziął się pomysł na bicie muzycznego rekordu Guinnessa?

Leszek Cichoński: W 1996 roku prowadziłem warsztaty gitarowe na Przystanku Woodstock. Wybraliśmy „Hey Joe” z repertuaru Hendrixa. Zabrzmiało to tak rewelacyjnie, że postanowiłem organizować stałe imprezy we Wrocławie, gdzie mieszkam od dziecka. Pobiliśmy rekord Guinnessa z udziałem 7300 gitarzystów. To było odlotowe wydarzenie.

Istvan Grabowski: Tegoroczna impreza była wyjątkowa. Przybyli na nią Steve Vai, Eric Burdon i Uriah Heep. Niektórzy łączą „Thanks Jimi” z jedną kompozycją słynnego gitarzysty.

Leszek Cichoński: To nie jest tak do końca. Na początek zagraliśmy „Hey Joe”, a potem, co roku rozszerzałem repertuar. Dziś gramy kilkanaście różnych kompozycji, m.in. „Smoke on the Water” Deep Purple i „Kiedy byłem małym chłopcem” Tadeusza Nalepy. Kogo interesuje wrocławskie święto gitary proponuję zajrzeć na stronę www.heyjoe.pl. Tam znajdują się instrukcje w jaki sposób przygotować się do udziału w imprezie, tabulatory, linki, podkłady muzyczne.

Istvan Grabowski: Dlaczego z taką pasją gra pan utwory Jimiego Hendrixa?

Leszek Cichoński: Miałem zaledwie kilka lat, gdy usłyszałem go po raz pierwszy. To był cios prosto w serce. Kupiłem sobie pocztówkę dźwiękową z nagraniami „Hey Joe” i „Foxy Lady”. Zdarłem ja do bólu, słuchając na okrągło. Potem, gdy nabrałem wprawy, postanowiłem grać Hedrixa inaczej. Dlatego m.in. organizuję koncerty symfoniczne, gdzie motywy grane przez filharmoników są elementem wiodącym, a nie tylko dodatkiem jak w przypadku Perfectu czy Metalliki. Hendrix był tak wybitnym muzykiem, że wiele lat po jego śmierci ukazują się płyty z nagraniami i wciąż znajdują nabywców. Trudno się dziwić, to był muzyczny geniusz..

Istvan Grabowski: Muzyka bluesowa ma w Polsce licznych zwolenników i festiwali. Czy pańskim zdaniem takie imprezy przyczyniają się do popularyzacji kultury muzycznej?

Leszek Cichoński: Bez wątpienia tak, zwłaszcza, że stacje radiowe nie grają takiej muzyki. Pamiętam, z jakim uporem upowszechniała ją na polskim gruncie grupa Breakout. Dziś jest łatwiej, bo praktycznie każda płyta może być szybko w zasięgu ręki fanów. Jednak brak zainteresowania mediów bluesem sprawia, że koncerty i festiwale są jedyną okazją do spotkania z żywą muzyką. Masowy udział słuchaczy dowodzi, ze potrzebują bluesa.

Istvan Grabowski: Mnóstwo podróżuje pan po świecie. Czy warto było zamienić dyplom politechniki na gryf gitary?

Leszek Cichoński: Gitarą pasjonowałem się od dziecka. Zdarłem place do krwi, próbując naśladować moich mistrzów, czyli Claptona, Wintera, Hendrixa. Dziś jestem przekonany, że wybrałem właściwie. Muzyka otwiera ludzkie serca i czyni ich lepszymi. Przekonałem się o tym odwiedzając amerykańskie kluby muzyczne. Zmieniłem swoje myślenie i dziś zachęcam do refleksyjnej postawy moich słuchaczy.

Istvan Grabowski: Woli pan klimaty klubowe czy raczej otwarte przestrzenie jak np. Przystanek Woodstock?

Leszek Cichoński: W jednym i drugim przypadku radzę sobie nieźle, choć każde miejsce ma swoją specyfikę, klimat. Stosownie do nich wybieram akustyczne granie z repertuarem zawartym na mej ostatniej płycie „Sobą gram”, albo bardziej czadowe kompozycje, wśród których nie może zabraknąć standardów mego guru np. „Voodo Child”. Często zmieniam gitary i pozycje żeby nie zasklepić się w jednej formie. Estrada, to wbrew pozorom, ciężki kawałek chleba. Artystycznie przypomina pan Zosię-Samosię.

Leszek Cichoński: Kiedyś doszedłem do przekonania, że lepiej gra mi autorskie utwory, które co prawda powstają w bólu, ale sprawiają mi dużą frajdę na scenie. Na płycie „Sobą gram zadaje pan wiele pytań typu „Kim jestem” Czyżby filozofia była pana dodatkową pasją?

Leszek Cichoński: Bardziej interesuje mnie nie jako nauka, tylko refleksyjne podejście do życia. Od lat medytuję, interesuję się rozwojem duchowym, szukam odpowiedzi w sobie na różne ważne pytania. Poszukiwanie siebie jest obecne na tej płycie, a na okładce struna gitary zwinęła się, niby przypadkiem, w kształt serca. Dużo jest serca na tym krążku, a według mnie to właśnie otwarte serce jest szalenie ważne w życiu każdego człowieka, nie tylko muzyka..

Istvan Grabowski: Na wrocławskim rynku grało wspólnie kilka tysięcy gitarzystów. Sądzi pan, że może ich być więcej?

Leszek Cichoński: Bardzo na to liczę. Jak wielka jest admiracja dla muzyki niech świadczy przykład Bochni. Co roku przyjeżdża stamtąd pełen autobus entuzjastów rockowego grania. Każdy ma błysk w oku i szansę na przeżycie tej jednej chwili, którą będzie wspominał latami. Kiedy ogląda się las gitar wzniesionych na głowę, od razu serce rośnie.

Istvan Grabowski: Które z muzycznych wspomnień wydaje się panu szczególnie bliskie?

Leszek Cichoński: Nie potrafię w tej chwili wymienić jednego zdarzenia, Bo było ich sporo, choćby podróże po Stanach Zjednoczonych, udział w „Thanks Jimi” gitarzystów Steve’ a Morse i Steve’a Vai, czy hendrixowskie koncerty z filharmonikami. Nie ukrywam, że moja działalność estradowa daje mi dużego kopa. To piękne móc spełniać się w czymś, co się kocha

materiał: Radio Biper Biała Podlaska
tekst: Istvan Grabowski
zdjęcia: Marcin Tomaszuk
opracowanie: Gwalbert Krzewicki

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Wyślij tweeta
Share on email
Wyślij e-mailem

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czytaj więcej o:

Reklama

Reklama

Zobacz podobne artykuły

Reklama