Reklama

Sylwia Kalinowska – Robię to, co kocham! (galeria)

Rozmowa z utalentowaną janowską malarką Sylwią Kalinowską nie tylko o jej fascynacjach artystycznych.

Istvan Grabowski: Ma pani za sobą dobrze przyjęte wystawy krajowe i zagraniczne. Pani obrazy podobają się ludziom, wzbudzają emocje. Z czego jest pani dumna?

Sylwia Kalinowska – Do mojej twórczości przeniknęło wiele inspiracji i obserwacji, które wykorzystałam z pożytkiem jako kanwę do tworzonych prac. Malowałam kiedyś monstrualne ważki wyjęte niczym ze zwiewnej poezji Bolesława Leśmiana. Próbowałam zatopić się w nadbużańskich trawach i spoglądać na oszałamiające kolory i kłębiące się chmury z pozycji żaby. Malowałam galopujące po łąkach rumaki i portrety zmysłowych kobiet, otoczone ptakami, ważkami oraz bujną roślinnością. To wszystko działo się spontanicznie, w sposób niewymuszony. Dzięki wykorzystaniu różnych motywów udało mi się stworzyć własny, magiczny świat, będący odzwierciedleniem mojej wyobraźni. To zapewne może być powód do dumy.

Istvan Grabowski: Proszę mi powiedzieć, czym jest dla pani malowanie obrazów. To rodzaj artystycznego hobby, pasja czy może sposób na życie?

Sylwia Kalinowska – Od dawna marzyłam, aby pochłaniające mnie bez reszty malarstwo stało się moim sposobem na życie. Dawało mi radość i satysfakcję spełnienia. Konsekwentnie trzymałam się tej idei, aż moje marzenia doczekały się realizacji. Jest we mnie przeczucie, że robię to, co kocham. W dodatku malując odpoczywam. Spełnienie, jakie osiągam dzięki swoim obrazom, zapewnia mi spokój, uśmiech i motywuje do następnych prac. Aby nie popaść w monotonię, zajmuję się tańcem, fotografią, projektowaniem ceramiki i ubiorów. Te zajęcia są też inspirujące.

Istvan Grabowski: Cofnijmy się może nieco w czasie. Kiedy odkryła pani w sobie zdolność efektownego malowania?

Sylwia Kalinowska – Nie jestem pewna, kiedy obudziła się we mnie uświadomiona chęć malowania. Pierwsze przejawy kreowania przestrzeni artystycznej dały o sobie znać w dzieciństwie. Bezwiednie mazałam po kartce papieru, jaka wpadała mi w ręce. Czasami były to ciekawe próby. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że kiedyś będzie to moje życiowe wyzwanie. Plastycznego bakcyla złapałam bowiem dopiero na plenerach malarskich. Wiele mi one dały. Młody człowiek często tkwi w przekonaniu, że prawie wszystko, czego dotknie jest świetne. Dopiero z upływem czasu nabiera się dystansu do siebie i swoich starań. Im dłużej maluję i doskonalę warsztat, tym bardziej towarzyszy mi wrażenie, że niewiele jeszcze umiem. Nie grozi mi zatem przerost ambicji czy uderzenia wody sodowej …

Istvan Grabowski: Gdzie miała pani możliwość doskonalenia umiejętności? Czy miała pani mentora, który dyskretnie podpowiadał, inspirował, oceniał pierwsze prace?

Sylwia Kalinowska – Z satysfakcją stwierdzam, że na różnych etapach życia spotkałam wielu mądrych i wartościowych ludzi, którzy mnie twórczo inspirowali. Wielokrotnie podkreślałam, jak wiele im zawdzięczam. W szkole podstawowej przewodnikiem w świecie plastyki był dla mnie nauczyciel Arkadiusz Markiewicz, ojciec znanej obecnie piosenkarki Małgosi. Nauczył mnie tworzenia kolaży i zaszczepił we mnie chęć malowania. W trakcie studiów na historii sztuki miałam przyjemność poznania prof. Marii Hanny Sosnowskiej, cudownie opowiadającej o dziejach malarstwa. Dzięki zajęciom z Olafem Kwapisiem, badaczem średniowiecznej sztuki włoskiej, odbyłam inspirujące wycieczki artystyczne do Włoch i poszerzyłam znacząco swój świat wyobraźni. Na Wydziale Artystycznym UMCS studiowałam pod okiem prof. Jacka Wojciechowskiego, który obudził we mnie świadomość artystyczną i szczerość zawodową. Dzięki Leszkowi Sokołowskiemu czterokrotnie uczestniczyłam w plenerach malarskich, organizowanych w Tęczowym Folwarku w Krzymoszycach. Poznałam tam bardzo ciekawych ludzi. Obserwacja ich stylu, kreski, warsztatu stanowiły dla mnie cenne doświadczenie. Dziś mogę stwierdzić, że imponują mi ludzie nietuzinkowi, którzy budzą respekt wiedzą i doświadczeniem.

Istvan Grabowski: Skoro malowanie było dla pani tak ważne, dlaczego zdecydowała się pani na studia biologiczne ? Nie szkoda było pani czasu? Przecież wybrała pani później historię sztuki i studia graficzne.

Sylwia Kalinowska – Nie uważam studiów biologicznych za stracony czas. W młodości nie byłam pewna, czego w istocie pragnę i do czego dążę. Wybrałam biologię z miłości do przyrody i przekonania, że mogę się tu spełnić. Jednak ciągle malowałam i już w czasie studiów doczekałam się pierwszej wystawy „Akt w kwadracie”, zorganizowanej w… Holandii. Uświadomiłam wtedy sobie, że może warto pójść tą drogą. Stąd moje dalsze studia w Collegium Civitas i UMCS.

Istvan Grabowski: Jacy twórcy pędzla fascynowali pani wyobraźnię w młodości? Czy ich obrazy pozostawiły trwały ślad w samodzielnych dokonaniach?

Sylwia Kalinowska – Jako młoda dziewczyna rozczytywałam się namiętnie w biografiach wielu twórców pędzla. W niektórych postaciach odkryłam coś więcej, niż urok. Ogień i pasję doceniłam w fantastycznych obrazach Fridy Kahlo. Z jej kolorów Meksyku przebijała nieposkromiona dzikość i tajemniczość. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie prace Pabla Picasso i to nie tylko te kubistyczne. Swoje inspiracje Picasso czerpał z życia, co czyniło jego sztukę autentyczną. Zaimponowało mi bardzo barwne malarstwo Gustava Klimta. Fascynowało mnie malarstwo Caravaggio, inspirował Salvadore Dali. Jak widać, miałam wiele interesujących wzorów. Wciąż czuję, że jestem na początku drogi artystycznej i stale poszukuję impulsów, które mogą wzbogacić mą sztukę.

Istvan Grabowski: Zaczęła pani przygodę ze sztuką od koni rysowanych tuszem, malowanych pastelami. – Czy zdecydowały o tym sąsiedzkie sentymenty i bliskość janowskiej stadniny arabów?

Sylwia Kalinowska – Mam wrażenie, że wszystko, czym nasiąkniemy w młodości, procentuje potem w późniejszym wieku. Moje malarstwo było i jest nadal bardzo bliskie naturze. Wychowałam się wśród nadbużańskich łąk, gdzie miałam sposobność podziwiania urody koni arabskich. Malowałam je w ruchu z rozwianymi grzywami i kopytami brodzącymi w trawach. Marzyło mi się uchwycenie ich piękna okiem Sylwii.

Istvan Grabowski: Zasłynęła pani z nietypowych obrazów. Co sprawiło, że malowała je pani na deskach z rozbieranych domostw. Czy była to z pani strony forma artystycznej przekory czy może chęć poszukiwania nowych środków wyrazu?

Sylwia Kalinowska – To prawda, że szukałam nowych środków wyrazu. Płótno ograniczało mnie niekiedy płaską powierzchnią, natomiast malowanie na drewnie stanowiło osobne doświadczenie. Odkryłam, że lubię malować na drewnie potarganym przez czas i siły natury. Nierówności w fakturze dyktowały mi wręcz, jak ma wyglądać portretowana postać. Malując na deskach Anielice, dawałam im drugie życie. Tworzyłam nawet cykle tematyczne, na których moje Anielice współgrały ze sobą.

Istvan Grabowski: Pani malarstwo zyskało wiele przeciwstawnych określeń – od subtelności po drapieżność. Jak pani sądzi, czy zmiana nastrojów daje większą chęć do pracy, uwalnia od monotonii, jakiej powinien wystrzegać się artysta?

Sylwia Kalinowska – Moja sztuka jest emocjonalna, więc wszystko, co mnie dotyka znajduje odbicie w obrazach. Zapewne, dlatego niektóre obrazy wprost kipią emocjami. Widać je choćby w rozchylonych ustach kobiet, długich szyjach, lekko przymkniętych oczach. Obrazy zawłaszczają przestrzeń i pokazują kawałek świata zarezerwowany dla siebie. Czy może być coś bardziej ekscytującego?

Istvan Grabowski: Zastanawiam się, dlaczego pani obrazy wypełniają twarze i postacie kobiet. Czy oglądającym ma udzielić się podziw nad pięknem i zmysłowością przedstawianych postaci?

Sylwia Kalinowska – Maluję chętnie to, co mi się podoba. Być może kiedyś, gdy dotknie mnie rylec czasu, zmienię też twarze moich bohaterek. Często zdarza mi się malować portrety. Ponieważ nie uznaję hiperrealizmu, więc muszą być one wzbogacane o dodatkowy element, np. miękkość czy niedomówienie.
Zatrzymajmy się na chwilę przy pani słynnych Anielicach, subtelnych i pełnych zmysłowej mocy.

Istvan Grabowski: Czy imponują pani osoby pewne siebie, gotowe brać się za bary z przeciwnościami losu?

Sylwia Kalinowska – Istotnie, imponują mi kobiety odważne i zdecydowane. Warto jednak pamiętać, że silna kobieta chętnie poddaje się nowym wyzwaniom czasu, poszukuje nieznanych dotąd możliwości, jest otwarta na to, co nieznane, nieuświadomione. I to chyba staje się esencją mojego życia. Malując zmysłowe obrazy, wyrażam siebie, własne wnętrze.

Istvan Grabowski: Czy udało się pani odkryć prawdę o kobiecej naturze?

Sylwia Kalinowska – Przyzna pan, że to dość długi i skomplikowany proces, zważywszy choćby fakt, że natura kobiety zmienną bywa. W wieku młodzieńczym objawiamy inną naturę, niż w okresie macierzyństwa, czy wieku dojrzałym. Myślę, że w tej materii mogłabym wypowiedzieć się pełniej, będąc już siwowłosą staruszką.

Istvan Grabowski: Intrygujące są pani obrazy tętniące życiem nadbużańskiej przyrody. Gdzie szuka pani twórczych inspiracji i jak ładuje swoje akumulatory?

Sylwia Kalinowska – Jak już wspomniałam, inspirowałam się kolorem, smakiem i zapachem nadbużańskiego krajobrazu. Akumulatory twórcze ładuję w czasie dalekich podróży (niedawno wróciłam z egzotycznego Dubaju). Utwierdziłam się już w odczuciu, iż każda podróż może być odkryciem, okazją do lepszego poznania siebie samej, nabrania dystansu do upływającego życia. Dlatego cudownie jest wyjeżdżać i potem móc wracać do własnych kątów.

Istvan Grabowski: Skoro mówimy o podróżach, gdzie umieściłaby pani swoje wymarzone miejsce na ziemi?

Sylwią Kalinowska – Nie ma ono stałych współrzędnych. Sytuowałabym je tam, gdzie linia horyzontu styka się z czystym piaskiem i ciepłą wodą. Takie miejsce kojarzy mi się z życzliwymi ludźmi poszukującymi harmonii życia.

Istvan Grabowski: Z czym kojarzy się pani sukces?

Sylwia Kalinowska – Tu nie mam wątpliwości. Sukces to możliwość łączenia pasji z pracą wzbudzającą u ludzi pozytywne emocje. Miarą tak pojmowanego sukcesu jest życie na własnych warunkach.

Istvan Grabowski: Czy zdołała się pani do niego zbliżyć?

Sylwia Kalinowska – Moim osobistym sukcesem jest wygospodarowanie miejsca do nieskrępowanego tworzenia i realizacji pragnień. Dzięki sztuce, którą wykonuję, nie tracę radości życia. Spełniam się w tym, co robię.

Istvan Grabowski: Co sprawia pani przyjemność na co dzień, a co panią irytuje?

Sylwia Kalinowska – Przyjemność zapewniają mi ciekawe podróże, wrażenia estetyczne, miłe rozmowy z życzliwymi ludźmi, radość mojego dziecka, klucz żurawi na niebie. Irytuje mnie bezczelny uśmiech w wydaniu człowieka świadomie czyniącego zło.

Istvan Grabowski: Czy malarstwo, któremu się pani poświęciła, może być sposobem na ciekawe życie?

Sylwia Kalinowska Jestem przekonana, że tak, choć świadomy artysta musi mocno zabiegać o to, by nie popaść w monotonię i ustrzec się psychicznych dołków. Właśnie dlatego nie można otaczać się toksycznymi ludźmi. Bycie spełnionym jest świetnym sposobem na ciekawe życie.

Istvan Grabowski: Jest pani młodą, sympatyczną, pełną entuzjazmu kobietą. Jak wyobraża pani siebie za 20 lat?

Sylwia Kalinowska – Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Na pewno nie wyobrażam sobie innego zajęcia od tego, które teraz wykonuję. Myślę jednak o kreatywności i odkrywaniu kolejnych, twórczych podniet. Zależy mi na aktywnym życiu, dalekim od monotonii. Liczę, że będę je miała, choć szczęściu trzeba wychodzić naprzeciw.

materiał: Radio Biper Biała Podlaska
Rozmawiał: Istvan Grabowski
zdjęcia: Ze zbiorów artystki
opracowanie: Gwalbert Krzewicki

Galeria:

Autor zdjęć:
Ze zbiorów artystki

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Wyślij tweeta
Share on email
Wyślij e-mailem

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czytaj więcej o:

Reklama

Reklama

Zobacz podobne artykuły

Reklama