Reklama

Historia: Wrzesień 1939 roku w mieście we wspomnieniach bialczanina

Bialczanin Zdzisław Jobda, żołnierz Armii Krajowej ps. „Tur” i późniejszy dyrektor Zespołu Szkół  Zawodowych nr 2 pozostawił po sobie bezcenny a zarazem ciekawy pamiętnik w którym opisuje Białą Podlaską z okresu m.in dwudziestolecia międzywojennego oraz II Wojny Światowej. Wojna wybuchła, kiedy miał 13 lat. Wiele więc z tego okresu zapamiętał będąc naocznym świadkiem i uczestnikiem wydarzeń, jakie działy się wówczas w mieście.

Ze wspomnień Zdzisława Jobdy bije jedno. Nikt nie spodziewał się, że do Białej Podlaskiej wojna przyjdzie tak szybko. Nawet w sierpniu nie wierzono jeszcze, że ona w ogóle wybuchnie. We wspomnieniach pisze: „Przed moim domem stanęła kuchnia polowa, co stanowiło sprzyjającą okoliczność na zaprzyjaźnienie się z kucharzem. Obok kuchni dwóch podoficerów rozłożyło się z karabinem przeciwlotniczym skierowanym na fabrykę. Nie wierzyli w możliwość wybuchu wojny, ale gdyby do tego doszło, w co wątpili, bo Hitler to krzykacz i tchórz, jesteśmy gotowi dać mu w d…, i w co i ja święcie wierzyłem (…).Wiedziałem również ze szkoły i z gazet, że Niemcy mają czołgi z tektury, a ponadto jak nasi pójdą na bagnety, to Niemcy narobią w spodnie i odechce im się wojny. Poczucie spokoju wytwarzała również odległość z Berlina do Białej, bo niewielu osobom przychodziło do głowy, że z Prus Wschodnich to zaledwie około 250 km, o czym przekonaliśmy się już rano następnego dnia”.

Maj 1939 roku, nieznany z imienia żołnierz. Zdjęcie wykonane prawdopodobnie na ul. Brzeskiej.

Kiedy 1 września na Podlaską Fabrykę Samolotów spadła pierwsza niemiecka bomba ludzie dalej nie byli pewni czy to już wojna. W domach, jak pisze trwały dyskusje, czy to tylko próba czy jednak już wojna. Większość skłaniała się do tego, że to była tylko próba. Dopiero, jak do mieszkańców dotarł radiowy komunikat, że wojna wybuchła, dopiero wtedy zaczęli w to wierzyć.

Oddajmy jednak głos dla autora książki „Biała w mojej pamięci” i poznajmy szczegóły tamtych dni.

 1939 lub 1940 rok, lotnisko w Białej Podlaskiej.

„31 sierpnia poszedłem spać pełen wrażeń, tym bardziej, że za dwa dni rozpoczynałem naukę w Gimnazjum J. I. Kraszewskiego i trzeba było odpowiednio się przygotować. Rano wyjrzałem przez okno i ku wielkiemu zdziwieniu zauważyłem, że nie ma kuchni polowej, ani tych z karabinem, natomiast na niebie pojawił się duży samolot. W pierwszej chwili pomyślałem, że lotnisko jest za małe. Zacząłem wystraszony przecierać oczy, bo nie dostrzegłem żadnych znaków rozpoznawczych samolotu. W ciągu kilkunastu sekund, kiedy samolot znalazł się nad dworcem PKP, usłyszałem wybuchy. Wszyscy domownicy wybiegli z domu i rozgorzała dyskusja na temat – wojna, czy próba. Większość skłaniała się w kierunku próby. Dla mnie autorytetem był pan Stanisław Wałach, który ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie i mieszkając u nas, pracował w PWS w biurze technicznym. Początkowo przychylał się do próby, ale kiedy moja matka w radiu słuchawkowym usłyszała, że to wojna, pan Stanisław z rezerwą przyjął tę informację i podał pewny scenariusz na taką okoliczność. Jeżeli to ma być wojna, należy spodziewać się, że mjr Skarżyński i ppłk Bajan już są nad Berlinem, żeby Hitler zobaczył na własne oczy, jakich kłopotów sobie namotał. Ja, w mundurze harcerza, pełen patriotyzmu opowiadałem swoje teorie, których nikt już nie słuchał. Nie jadłem śniadania, tylko pobiegłem na miejsce bombardowania, aby przekonać się naocznie czy to próba, czy wojna.

 1939 rok, lotnisko w Białej Podlaskiej.

Po drodze zauważyłem, że nie ma działka przeciwlotniczego, które wczoraj stało na Odpadkach z obsługą fabryczną. Działko było na kołach gumowych i prawdopodobnie w ramach prób pociągnęli je w inne miejsce. Na teren fabryki wszedłem na wprost wieży ciśnień i nie byłem pierwszy. Pożar ugasiła straż fabryczna, wykazując wiele odwagi i profesjonalizmu w gaszeniu bombardowanych obiektów, szczególnie rozrywających się butli z gazami technicznymi. (…).  Spaliła się drewniana szopa i rozerwało się kilka poniewierających się butli po gazach technicznych. Chłopcy strzelali z karbidu i pakowali go do kieszeni, oraz do różnych naczyń, które zabierali. Wszyscy byli przekonani, że to ostra i co jest dziwne, ale żołnierze stojący na dachach z karabinami maszynowymi nie mieli pewności, że to wojna. W takiej atmosferze zacząłem zmieniać swoje poglądy, przychylając się do ostrej próby świetnie zorganizowanej. Po drodze wstąpiłem do znajomych strzelców koło wieży ciśnień, którzy już wstali obudzeni wybuchem i bardziej byli przejęci tym, że wczoraj nie przywieźli kolacji i dzisiaj śniadania. W wojnę nie wierzyli z dwóch powodów. Pierwszy – Biała leży za daleko od frontu, żeby tutaj mogła rozpocząć się wojna. Drugi – nie po to by przyleciał Niemiec tyle kilometrów, aby zbombardować starą szopę. Argumentacja wydawała się słuszna, dlatego nie mówiłem o komunikacie radiowym, jaki podała matka, żeby się nie ośmieszać. Pełen rozterek wewnętrznych wracałem do domu. W porze obiadowej, dwa samoloty opuściły lotnisko fabryczne, a pozostałe dwa, oraz jeden samolot modelowy ze studium podciągnięto na Odpadki i tak stały do zakończenia wojny.

 1939 rok, ulica Moniuszki.

Tymczasem niektórzy mieszkańcy zaczęli opuszczać domostwa i udawać się w kierunku lasu Rudka. Przed lasem, w zabudowaniu rodziny Makarskich, około godz. 16 znalazło się wielu uciekinierów, gdy na horyzoncie ud zachodu pojawiły się trzy trójki samolotów niemieckich, które rozpoczęty pierwsze zespołowe bombardowanie Białej Podlaskiej z ostrzeliwaniem pociskami zapalającymi. Latające samoloty na niskim pułapie i niewielkiej przestrzeni wytworzyły psychozę strachu i przerażenia, a do tego pojawiły się tumany kurzu i oparów sugerujące gaz. Powstała panika. Część ludzi rzuciło się na kolana do modlitwy, zakrywając twarze szmatami namoczonymi w roztworze sody oczyszczanej. Dylemat przeżywał ojciec z dwiema córkami, który miał jedną maskę gazową. Po krótkim namyśle maskę wyrzucił, córki schował pod poły marynarki, a sam stał bez maski. Ta sceneria rozgrywająca się na tle płonącej fabryki, miała wiele znaków zbliżającego się czasu apokalipsy. Nikt nie miał wątpliwości, że to wojna.

1939 lub 1940 rok, baraki na lotnisku w Białej Podlaskiej.

Ludzie bardziej dociekliwi i w miarę inteligentni znali odpowiedź, dlaczego pierwsza bomba spadła rano na szopę z niezwykłą precyzją, przy zupełnie biernej obronie. Przed wybuchem wojny fabryka zamówiła 3 działka przeciwlotnicze, które dostarczono około 20-tego sierpnia. Ponieważ wynikły problemy finansowe, początkowo działka stały na bocznicy fabrycznej, następnie jedno znalazło się w szopie. Przy końcu sierpnia próbowano działko wytoczyć, ale zachorował kierowca. Kiedy sprowadzono innego kierowcę, urwał się wał napędowy w samochodzie. 31 Sierpnia obsługa ręcznie wyciągnęła działko na kolach gumowych i szopa była pusta. Szpieg miał zbyt mało czasu, aby przez centralę w Berlinie powiadomić jednostkę bombową w Prusach Wschodnich o zmianie celu bombardowania. Dopiero po wkroczeniu Niemców mogliśmy się naocznie przekonać, jakim wywiadem dysponowali Niemcy w PWS, chociaż na pewno był to tylko wierzchołek przysłowiowej góry lodowej. Naloty powtarzały się każdego dnia, ale największe zniszczenia spowodował nalot popołudniowy pierwszego września. Większość bomb spadła w osiedle Łuski zabijając i raniąc wiele osób. Trzy trójki samolotów, jakie wzięły udział w bombardowaniu zrzuciły bomby na zachodnią część lotniska od strony Łomaskiej, a następnie na Podlaską Wytwórnię Samolotów. Zniszczeniu uległ budynek biurowy, oraz studium. Pożar ogarnął drewniane hangary, które spłonęły. Nie zostały uszkodzone następujące budynki, które przetrwały do końca okupacji: drewniany hangar klubu lotniczego, nowa murowana hala-hangar, kotłownia, ślusarnia, kasyno, bloki i domy mieszkalne, oraz wiele innych drewnianych i murowanych budynków. Obrabiarki zostały ukryte w okolicach Grabarki, a samoloty pod domami i drzewami na Odpadkach. Po tym nalocie obrona praktycznie przestała istnieć, ponieważ obsługa karabinów przeciwlotniczych ustawiona na dwóch nieosłoniętych płaskich dachach fabrycznych domów mieszkalnych, w czasie przelotu samolotów pospadała z dachu. Było czterech zabitych. Mieszkańcy Odpadek i okolic przeżywali szok patrząc jak prawie nad dachami domów latały bezkarnie samoloty niemieckie. Po nalocie ludzie krzyczeli: Zdrada! Posądzano pilota fabrycznego Franciszka Rutkowskiego o rzucenie na fabrykę pierwszej bomby rano 1 września. Dociekano, kto mógł wydać rozkaz ustawienia karabinów maszynowych na dachach. W atmosferze podniecenia i dyskusji zdyscyplinowani pracownicy fabryki szykowali się do ewakuacji wraz z fabryką. Naprawiali rowery, kompletowali opony, dętki, części zapasowe. Inni pakowali dokumentację techniczną i czekali na podstawienie pociągu. Piątego września pociąg odjechał w kierunku Rumunii przez Kowal, Równe, a bocznymi drogami pojechali rowerzyści, każdy na swoją rękę. Wszyscy wierzyli, że jak będzie dokumentacja i dojadą fachowcy, to ruszy produkcja w wyimaginowanych fabrykach, które czekają zaopatrzone w niezbędne materiały, narzędzia, przyrządy i wiele innych rzeczy niezbędnych do produkcji. Był to jeszcze jeden dowód, że wiara czyni cuda i większość wyjeżdżających nawet w myślach nie dopuszczała tego, co niebawem nastąpiło.

1939 rok, Plac Wolności.

Wypowiedzenie 3-go września wojny Niemcom przez Anglię i Francję, zaczęło wzbudzać nowe nadzieje i wiarę w rychłe zwycięstwo. Oczyma wyobraźni dostrzegano klęskę Niemiec i wymierzenie kary Hitlerowi za rozpętanie wojny. Na niebie jednak wciąż pojawiały się samoloty z czarnymi krzyżami wzbudzając panikę. Ogromną radość przeżywali mieszkańcy Woli, którzy na własne oczy widzieli, jak z działka przeciwlotniczego, stojącego w okolicy ul. Robotniczej oddano trzy strzały do trójki przelatujących samolotów niemieckich, z których jeden został trafiony i dymiąc w asyście kolegów, próbował gdzieś dolecieć, ale spadł kolo Małaszewicz. Z wielką dumą i satysfakcją patrzono na pojawiające się od czasu do czasu polskie samoloty, przeważnie RWD, które latały bardzo nisko. Zupełnie przypadkowo, machając czym kto mógł, pozdrawiano kilka Karasi, które robiły wrażenie, że szykują się do lądowania (…).

W dalszych nalotach na Odpadkach spłonęło kilkanaście domów, a w mieście pożary wybuchły na ul. Brzeskiej, obok kościoła św. Antoniego legła w gruzach Szkoła Powszechna Bratkowskiej, oraz od ul. Reformackiej znajdująca się w tym samym budynku modelarnia lotnicza i siedziba LOPP.

Wszystkie sklepy były zamknięte. Po trzynastym września niebo zaczęło się przejaśniać, gdyż naloty stopniowo ustawały. Młodzież szkolna, szczególnie z liceów Emilii Plater i Kraszewskiego, pełniła służbę na ulicach, utrzymując porządek, udzielając różnych niezbędnych informacji, oraz próbowała na poczcie pracować i szczególnie w PCK, gdzie było najwięcej roboty odciążającej szpital. Po ustaniu nalotów ludzie gromadnie wylegli na ulice w poszukiwaniu żywności, której brakowało. Małe grupy żołnierzy, w poszukiwaniu jedzenia, zaczęły włamywać się do sklepów. W mieście nie funkcjonowała żadna władza, a dziewczęta, czy nawet chłopcy stawali się bezradni. Po piętnastym września pojawili się na rowerach ci, co zrezygnowali z udania się na emigrację i zawrócili z drugi widząc, co się dzieje (…).

1939 rok. Kwatera wojsk niemieckich w Białej Podlaskiej.

(…) Wiadomość najnowsza, rozpowszechniana z ust do ust, że w Sarnach wojska sowieckie przekroczyły naszą granicę, dla wielu ludzi wydawała się nieprawdopodobna i nie chciano w to uwierzyć. Zresztą nic dziwnego, bo zawsze najtrudniej pogodzić się z prawdą. Złudzenia bywają na krótką metę przyjemniejsze. 18 września pod Dubowem kpt. rezerwy zorganizował zasadzkę na dwa małe czołgi niemieckie, która zakończyła się tragicznie. W bardzo krótkim czasie opowiadano na ulicach jak do tego doszło. Poniżej podaję zapamiętane fakty z opowiadań prawie na gorąco.

Stacjonujący żołnierze WP z różnych formacji na Sławacinku zostali powiadomieni przez ludzi, że od strony Międzyrzeca jadą dwa czołgi niemieckie, ale nie na gąsienicach tylko na lanych z gumy kolach i posuwają się bardzo wolno. Komendę objął najstarszy stopniem oficer i zarządził wpuścić czołgi do miasta, blokując wszystkie rogatki. Żołnierze natychmiast zaczaili się za pomnikiem przy koszarach na ul. Warszawskiej, kolo kościoła św. Anny i w innych częściach miasta. Po dłuższym czasie wspomniane czołgi pojawiły się i z prędkością defiladową przejechały do Sielczyka. (Faktycznie były to opancerzone pojazdy patrolowe.) W Sielczyku spalony most na Krznie uniemożliwił przedostanie się na drugą stronę. Z czołgu wysiadł jeden z żołnierzy i nienaganną polszczyzną spytał napotkanego mieszkańca jak przedostać się w kierunku Łomaz. Mieszkaniec Sielczyka był przekonany, że rozmawia z polskim czołgistą i objaśnił, że należy zawrócić do Białej Podlaskiej, gdyż tylko tam znajduje się most, przez który można przejechać. Czołgi zawróciły i ul. Grabanowską wjechały do miasta, a następnie przez Plac Wolności do ul. Kraszewskiego, gdzie prawdopodobnie zostały ostrzelane kilkoma pojedynczymi strzałami karabinowymi, na co Niemcy odpowiedzieli „krótką serią”. Kiedy dojechały do przejazdu kolejowego, pełniący służbę kolejarz Ostapiuk zamknął szlaban i zaczął rozmawiać przez telefon. Budka, w której pełnił służbę dróżnik, znajdowała się po wschodniej stronie drogi. Nagle otworzyły się drzwi i wszedł żołnierz, który po polsku poprosił, aby otworzył szlaban i przepuścił czołgi, co też niebawem uczynił. Pojazdy pojechały w stronę Łomaz, a za nimi grupa pościgowa składająca się z czterech konnych i około 30-tu pieszych biegnących na skróty ul. Długą. Czołgi dojechały przed Łomazy, kiedy most na rzece został już zniszczony. Niemcy rozpoczęli próbę przedostania się na drugą stronę, ale bezskutecznie. Kiedy zadecydowali wracać, to nasi zdążyli zorganizować zasadzkę, wykorzystując pryzmy kamieni po obu stronach drogi, ułożone przez drogowców do

 1939 rok, żołnierze niemieccy na Placu Wolności.

naprawy dróg. Niemcy musieli wyczuć nasze zamierzenia, bo kiedy zbliżyli się na wygodną sobie odległość, objechali z dwóch stron barykady i otworzyli ogień. Po krótkiej walce strzelanina ucichła i na placu boju pozostało 12-tu zabitych naszych żołnierzy, oraz wielu ciężko i lżej rannych. Kilku, wraz z dowódcą, zdołało ujść z życiem. Niemcy spokojnie odjechali w kierunku Michałówki. Miejscowa ludność zajęła się pochówkiem poległych, a rannych przewieziono do szpitala w Białej Podlaskiej, gdzie kilku zmarło. Po wojnie wszystkich pochowano w jednej mogile na dawnej kwaterze wojskowej przy ul. Janowskiej (…).

(…) Tymczasem w Białej zaczęło dziać się to, czego należało oczekiwać. Przy pomocy łomów i innego podobnego sprzętu wyłamywano drzwi i okna, szczególnie do mieszkań osób zamożniejszych, które na apel rządu poszły w kierunku Rumunii służyć Ojczyźnie. Z mieszkań wynoszono wszystko, łącznie z meblami, dywanami, a książki poniewierały się po ulicy. Ten los spotkał wszystkie mieszkania bloków przyfabrycznych, budynek kasyna fabrycznego, bibliotekę, a następnie wiele pomieszczeń w samej fabryce. Z niej grabiono głównie narzędzia, przyrządy, oraz różne materiały, które można było wynieść. Większość społeczeństwa patrzyła na to bezradnie, ze wstydem, wyraźnie zmęczona brakiem władzy, jak wówczas mówiono „bezhołowiem»” Lękano się również okupacji, chociaż sprawa była już przesądzona. Pozostało tylko jedno pytanie: Niemcy, czy sowieci?”

I na tym zakończymy ten fragment wspomnień Zdzisława Jobdy. Zainteresowanych dalszą historią, zachęcamy do lektury całej książki. 

 

Wspomnienia pochodzą z książki: „Biała w mojej pamięci”,  Zdzisław Jobda, wyd. Civitas Christiana, Biała Podlaska 2000.

zdjęcia: fotopolska.eu

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Wyślij tweeta
Share on email
Wyślij e-mailem

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czytaj więcej o:

Reklama

Zobacz podobne artykuły

Reklama