Reklama

„Lubię śmiałe wyzwania”. Rozmowa z bialskim cyklistą i pasjonatem wielu dziedzin Łukaszem Demich

O swojej podróży rowerowej z Eindhoven w Holandii opowiada bialczanin Łukasz Demich.

Istvan Grabowski: – Co sprawiło, że pod koniec czerwca zdecydował się przejechać z Holandii do Białej Podlaskiej na rowerze?

Łukasz Demich: – W Holandii, konkretniej zaś w Eindhoven, najbardziej zielonym mieście Europy, pracuję od czterech lat. Jadąc do domu na wakacje postanowiłem sprawdzić możliwości swego organizmu. Odległość z Eindhoven do Białej Podlaskiej wynosi 1600 km. Wyjaśnię, że rower (konkretniej Giant Custom Super Light) towarzyszy mi na co dzień. Każdego dnia dojeżdżam nim 20 km do pracy. Przed podróżą do kraju intensywnie trenowałem. Najpierw 50, potem 100 i więcej kilometrów dziennie. Na treningach w Holandii wykręciłem 2 tysiące kilometrów i czułem, że dam radę.

Istvan Grabowski: – Jak wyglądały przygotowania do tej nietypowej wyprawy?

Łukasz Demich: – Postanowiłem zabrać dwie sakwy rowerowe po 20 litrów każda. Ponadto hamak, który przez cały czas służył mi za miejsce noclegowe, suszoną żywność (fasolę, soczewicę, mięso), wygodne obuwie trankingowe i odzież ważącą możliwie najmniej. Dwa dni uważnie studiowałem mapy, wybierając ścieżki rowerowe i drogi krajowe, z dala od autostrad i ekspresówek.

Istvan Grabowski: – Korzystał pan z nawigacji w telefonie komórkowym?

Łukasz Demich: – Konkretniej z map Google, dzięki którym miałem nie tylko precyzyjnie wyznaczoną trasę, ale mogłem ją dokładnie obejrzeć. Dlatego przez trzy dni nie było przykrych niespodzianek. W Holandii i Niemczech jest mnóstwo przyzwoitych ścieżek rowerowych. Dopiero w środkowych Niemczech komfort się nieco zmniejszył ze względu na skromniejszy region, ale i tak podróżowałem gładko. Dziennie starałem się pokonywać 200 km. Omijałem skupiska ludzkie. Nocowałem w plenerze, (najczęściej nad wodą), korzystając z hamaku. Posiłki przygotowywałem sobie z wiezionych rowerem zapasów. Paliłem małe ogniska, starannie je okopując, by nikomu się nie narazić. Wszystko szło zgodnie z planem do chwili przekroczenia granicy niemiecko- polskiej w okolicach Kostrzyna.

Istvan Grabowski: – Jaką miał pan pogodę?

Łukasz Demich: – Pogodę trudno przewidzieć. Ponieważ korzystałem z akumulatora solarnego do ładowani a telefonu, potrzebne mi było słońce, a tu jak na złość niebo zasłaniały chmury. Mimo przeszkód z aurą, jechałem planowo.

Istvan Grabowski: – Na czym polegały polskie kłopoty z trasą?

Łukasz Demich: – Nie znałem wcześniej zachodnich obszarów Polski i nie spodziewałem się, że trafię na tak niesprzyjające warunki. Musiałem omijać autostrady i drogi ekspresowe, skazując się na drogi lokalne, pozbawione ścieżek rowerowych. Polskie wsie nie mają dogodnych połączeń asfaltowych. Łączy je najczęściej droga gruntowa, często utwardzana kocimi łbami i nie można nimi jechać żadnym rowerem. Bywały miejsca, kiedy szedłem piechotą, prowadząc swój pojazd. Po półtora dnia mordęgi w Gnieźnie poddałem się i dalszą trasę przez Warszawę do Białej Podlaskiej pokonałem pociągiem. Z zaplanowanych 1600 kilometrów, przejechałem 1074. Na polskich drogach wysiadły mi kolana i dalszy wysiłek nie miał już sensu. W dodatku skradziono mi aparat fotograficzny i straciłem wszystkie zdjęcia z podróży.

Istvan Grabowski: – Zdobył pan jednak cenne doświadczenia. Jak porównuje pan kulturę jazdy kierowców na Zachodzie i w Polsce?

Lukasz Demich: – Mimo, iż w Polsce chlubimy się, iż Europę znamy na wylot, daleko polskim kierowcom do zachodnich. Powiem więcej, dzieli ich przepaść. Na holenderskich i niemieckich ulicach spotykałem się z uprzejmą elegancją. Napotykane ciężarówki i auta osobowe omijały mnie dalekim łukiem. W Polsce każdy jeździ jak mu wygodnie, nie zwracając uwagi na rowerzystów. Przynajmniej trzy ciężarówki przypierały mnie na trasie do pobocza, a jeden TIR o mało mnie nie staranował. Jechał przy tym tak szybko, że tylko dzięki przytomności umysłu i doświadczeniu w poruszaniu się rowerem uniknąłem poważnego wypadku. Mogłem upaść wprost pod koła ciężarówki lub wywrócić się z rowerem na krawędzi szosy. Kierowca o tym nie pomyślał, tylko pędził dalej. Zaskoczyła mnie też „interesowność” napotykanych rodaków. Kiedy wstąpiłem do jednego z przydrożnych domów z pytaniem, czy mógłbym podładować baterię komórki, zażądano ode mnie opłaty w wysokości 50 zł. Nie wiem, dlaczego tyle. Na milionera raczej nie wyglądałem.

Istvan Grabowski: – Jakiej rady udzieliłby pan chętnie cyklistom marzącym o pokonywaniu dziennie 150 i więcej kilometrów?

Łukasz Demich: – Aby dobrze planowali podróż. W przypadku długich odcinków, zwłaszcza w pagórkowatym terenie, niezbędna jest lekka odzież i wygodne buty.  Trzeba też pomyśleć o specyfiku do zwilżania pachwin. Najmniejsze zatarcie, a takie możliwe są przy dłuższym dystansie, sprawia niewymowny ból i uniemożliwia swobodne poruszanie się. Trzeba też mieć świadomość wiezionego bagażu. Im więcej kilogramów, tym trudniej wspinać się rowerem pod górę.

Istvan Grabowski: – Dwumiesięczny urlop dobiega końca. Kiedy zamierza pan wracać do pracy?

Łukasz Demich: – Najprawdopodobniej z końcem sierpnia lub w połowie września. Wciąż rozmyślam nad ewentualną trasą. Początkowo zamierzałem zamienić Holandię na Norwegię, ale ze względu na epidemię koronawirusa i wymagany okres kwarantanny dla cudzoziemców przybywających do Norwegii, zapewne pojadę do Holandii. Wcześniej pracowałem przez dwa lata w Wielkiej Brytanii i rok w Irlandii. Wszystko w ramach zbierania doświadczeń. Nie obawiam się braku satysfakcjonującego zajęcia, bo pracuję w logistyce i mam niebagatelne doświadczenia.

Istvan Grabowski: – Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.

 

tekst / zdjęcie: Istvan Grabowski

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Wyślij tweeta
Share on email
Wyślij e-mailem

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czytaj więcej o:

Reklama

Zobacz podobne artykuły

Reklama