Reklama

Struna poruszona w sercu. Rozmowa z wokalistką Ewą Urygą

Z wybitną wokalistką soul Ewą Urygą, wielokrotnie goszczącą w Białej Podlaskiej m.in. na koncertach organizowanych przez Bialskopodlaskie Stowarzyszenie Jazzowe rozmawia Istvan Grabowski.

Wielokrotnie gościła Pani na Podlasiu.

– Od wielu lat przyjaźnię się z Jarkiem Michalukiem, wrażliwym muzykiem i organizatorem licznych imprez jazzowych i bluesowych. W Białej Podlaskiej śpiewałam wielokrotnie i bardzo cenię sobie tutejszą publiczność. Ku memu zadowoleniu wystąpiłam też w Borsukach, gdzie właściciele Dworku Zaścianek organizują cykliczne koncerty jazzowe. Zaśpiewałam tam standardy soulowe z nowojorskiej płyty dedykowanej Elli Fitzgerald. Oprócz wspomnianego już Jarka akompaniowała mi genialna para z Nowego Jorku –Mark Soskin, uważany za jednego z najwybitniejszych pianistów we współczesnym jazzie oraz lubelska perkusistka pracująca na stałe w USA Dorota Piotrowska.  Potem kilkakrotnie powtórzyliśmy ten koncert w kilku miejscach. Za każdym razem wypadał ekscytująco.

Czy muzyka była Pani przeznaczeniem?

– Wszystko wskazuje na to, że tak. Trudno powiedzieć, co się jeszcze wydarzy. Życie jest pełne niespodzianek. Pracuję w swoim zawodzie, ale w tych czasach kończąc określony kierunek nie ma pewności, że człowiek może realizować swoje powołanie, ponieważ zbyt łatwo osiąga się pewne pozycje, niekoniecznie poparte talentem i umiejętnościami.

Podobno w młodym wieku miała Pani liczne fascynacje, a wśród nich: łyżwiarstwo, balet, opera i sport. Ostatecznie zdecydowała się Pani na studia w katowickiej Akademii Muzycznej. Czy z perspektywy czasu to była trafna decyzja?

– To zależy, z której strony na to spojrzeć. Czas weryfikuje nasze decyzje, ale niestety do wielu spraw nie da się już wrócić. Bardzo kocham sport i staram się być osobą bardzo czynną. W moim życiu jest nadal wiele fascynacji, ale wiem też, że nie da się pogodzić wielu zainteresowań, bo w konsekwencji zaniedbuje się wszystko. Za każdym razem, kiedy po koncercie widzę uśmiechnięte zadowolone twarze to wiem, że była to słuszna decyzja.

Który z amerykańskich wykonawców zrobił na Pani wrażenie, które zdopingowało do pracy nad poznawaniem sekretów muzyki?

– Niewątpliwie pierwszą taką osobą była Mahalia Jackson. Zaczynałam od śpiewu klasycznego, więc zupełnie nie znałam gatunku muzyki, który wykonywała. Kiedy jednak po raz pierwszy jej słuchałam, w jednej sekundzie, gdzieś głęboko w sercu, poruszyła się jakaś struna i usłyszałam w duszy „Boże, to jest mi tak bliskie”. Po latach dopiero zrozumiałam głębię usłyszanych słów i sens moich odczuć. Potem moja droga muzyczna poszła w zupełnie innym kierunku.

Po uzyskaniu dyplomu nie wybrała Pani łatwej w odbiorze muzyki pop, ale jazz, soul i gospel, wymagających dobrego głosu, wrażliwości i uczucia. Są to jednak formy niszowe w rodzimej rozrywce. Czy to nigdy Panią nie stresowało?

– Tak, jak powiedziałam wcześniej – bodziec, był tak silny, że zupełnie nie zastanawiałam się nad czymś takim jak popularność i kariera. Nie ukrywam, że zawsze dobrze czułam się w programach radiowych czy telewizyjnych, ale nie mogę powiedzieć, że żałuję swojego wyboru, bo jest zgodny z moim przekonaniem wewnętrznym. Natomiast, z całą pewnością szkoda, że popularność nie zawsze jest dziś odzwierciedleniem talentu i umiejętności. No cóż, trudno pewnie wymagać, aby niszowa muzyka była zwana popularną. Tak jest od lat. Wielki wpływ mają media i to one powinny kształtować gusty.

Wielu ludzi zabiega o rozgłos i uznanie. Czy kariera jest w Pani przypadku adekwatnym określeniem?

– Kariera to określenie względne. Zależy, jak pan rozumie to słowo. Na ile rozgłos jest rzeczownikiem określającym słowo kariera? Wszystko zależy, od tego, jakie cele sobie wyznaczamy. Osobiście nie czuję tego określenia, zupełnie.

Nie wszyscy czytelnicy zapewne wiedzą, że nagrała Pani dwie płyty w Nowym Jorku. Jak zostały one przyjęte?

– Rzeczywiście, miałam to szczęście pracować nie tylko z polskimi, ale także z amerykańskimi muzykami jazzowymi i uważam, że to świetne płyty. Niestety, nie zostały odpowiednio rozreklamowane. Z przyjemnością stwierdzam, że wykonania tych ballad na koncertach są fantastycznie przyjmowane przez publiczność. Do pierwszej płyty mam szczególny sentyment. Ballady są po prostu piękne ale i … trudne do śpiewania. „Ballads for Ella” została wydana wraz z czasopismem Jazz Forum i była bardzo dobrze przyjęta, ale to było dawno… Druga płyta to już zupełnie inny nastrój, ale z pewnością można jej słuchać nadal – są to utwory, nie poddające się upływowi czasu.

Promocja wykonawców jazzowych wygląda u nas raczej marnie. Co sprawia, że mimo wszystko pozostaje Pani wierna wybranym stylom muzyki?

– Tu się zgadzam absolutnie. To bardzo przykre, ale ciągle tak jest. Wcześniej już wspominałam, w końcu skądś bierze się określenie niszowa? Dlaczego niszową nie jest inna? To trudne pytanie. Ale jestem przekonana, że wytworzyła się opinia, że jazz to trudny rodzaj muzyki – nie dla wszystkich. A przecież nie do końca tak jest. Wiele osób nie wie nawet, że słucha i uwielbia jazz. Trzeba ludziom to uświadomić.

A ja mam nadzieję, że nastąpi taki moment, kiedy znów pojawią się poszukiwania czegoś wartościowego i wtedy z pewnością jazz stanie się bardziej popularny, bo to piękna muzyka.

Co sprawia Pani satysfakcję?

– Jednoznacznie stwierdzam, że największą satysfakcję dają mi koncerty – to uśmiech na twarzach ludzi a i często parę ciepłych słów potwierdzających sens tego, co robię. To bardzo uskrzydla, człowiek czuje się potrzebny i ma zapał do dalszego tworzenia. Na co dzień, to ludzkie przyjazne uśmiechy czy rozmowy, niezależnie od trudnych czasów. Wiem, że muzyka bardzo wpływa na nasze życie, tym bardziej staram się, aby dać innym to, co przynosi ulgę, dotyka głębiej, przynosi pokój i harmonię, co dodaje siły i rozjaśnia wnętrze.

Jedną ze swych płyt zadedykowała Pani genialnej Elli Fitzgerald. Czy to Pani faworytka?

– Ella Fitzgerald jest jedną z moich faworytek. Myśl o dedykowaniu płyty pojawiła się w pociągu, kiedy czytałam książkę o niej. Niewątpliwie, pierwszą wokalistką, która kompletnie odmieniła moje zainteresowania muzyczne była Mahalia Jackson, ale później, w miarę poznawania gatunku, zaczęłam dostrzegać oczywiście inne i bogactwo walorów wokalnych oraz przekazu. Te wszystkie wpływy miały wyraźne odbicie w moich interpretacjach piosenek, wskazując na fascynacje twórczością różnych wykonawców. U Elli, a właściwie w jej śpiewie wyraźnie daje się słyszeć niezwykłą lekkość i radość życia, zresztą ona taka podobno była w życiu … rzeczywiście każdy śpiewać może, ale nie każdy, kto śpiewa to osobowość, artysta. Z trwogą obserwuję jak zabiegani ludzie nie są w stanie rozróżnić, co jest tak naprawdę dobre, a co jest tylko papką i to nie zawsze strawną… Nawet do głowy ludziom nie przychodzi, że często źródłem złego samopoczucia jest zgiełk, nazywany muzyką.

Często śpiewa Pani utwory gospel związane z wyrażaniem głębokich uczuć religijnych. Czy Pani fascynacja muzyczna przenosi się też na sferę życia prywatnego? Czy chętnie mówi Pani o swej religijności?

– Poruszanie kwestii religijności jest dotykaniem delikatnej sfery i myślę, że wiara nie powinna być narzucana w nachalny sposób. Śpiewając utwory z gatunku gospel jest tym samym, co śpiewanie jakiejkolwiek innej piosenki. Mam tu na myśli wyrażanie uczuć na jakikolwiek temat dotyczący życia człowieka. Jestem zdania, że jeśli cokolwiek śpiewam, to powinnam coś wiedzieć na dany temat. W przeciwnym razie nie jestem wiarygodna. Odbiorcy doskonale wyczuwają prawdę. Niestety albo „stety”, na scenie nie da się oszukiwać. Czy chętnie o tym mówię? Nie narzucam tematu religii, bo nie każdy chce na ten temat rozmawiać. Jeśli rozmowa dąży w tym kierunku, lubię raczej dzielić się swoimi doświadczeniami, bo cenię w każdym człowieku wolność wyznaniową. Chętnie słucham poglądów ludzi, którzy po prostu idą inną drogą, a jakże często przekazują wiele piękna i okazuje się, że mamy wiele wspólnych spostrzeżeń.

Miałem okazję słuchać Pani na różnych koncertach i czułem się oczarowany wrażliwością i wszechstronnością muzyczną. Z wielką gracją występowała Pani na festiwalach jazzowych i w musicalach „Chicago” czy „Zorba”. Czy przygotowanie się do takich zadań wymaga wiele pracy?

– Zawód ten, jak każdy, traktowany poważnie wymaga nakładu pracy. Na pewno poruszając się w różnych gatunkach, np. udział w spektaklach teatralnych, wymaga ogromnego wysiłku. Nawet, jeśli ma się talent, to nie poparty pracą zanika. W tym zawodzie nie ma ograniczeń czasowych. Powinna działać dyscyplina wewnętrzna. Ponieważ mam za sobą 8 lat wyczynowego sportu, wiem, co to znaczy. Wtedy było o tyle łatwiej, że za mną stał trener i wymagał. Teraz muszę wymagać sama od siebie, co nie zawsze jest łatwe. Opanowanie treści utworów, sztuka posługiwania się głosem, jako instrumentem, to tylko technika, a przecież człowiek to nie tylko ciało. Artysta to jego wnętrze, emocje, które towarzyszą nieustannie, to wszystko trzeba ogarnąć i co najważniejsze, trzeba to kochać! Każda praca staje się wtedy łatwiejsza, więc nie mam powodu narzekać.

Doczekała się Pani dwudziestu kilku płyt, w tym siedmiu autorskich. Która z nich wydaje się Pani szczególnie bliska emocjonalnie?

– Spośród płyt, które dotychczas wydałam szczególnie bliskie są Ballads for Ella – to pierwsza. Płyta została przez mnie nagrana w Nowym Yorku i związanych jest z nią wiele wyjątkowych, zawodowych doświadczeń i przeżyć. Następna to płyta Jezu ufam Tobie, która była odpowiedzią na moje osobiste spotkanie z niesamowitą postacią – Błogosławionym Janem Pawłem II. Chciałam dać wyraz ekumenicznemu charakterowi posługi Naszego Papieża, zapraszając do współpracy Ruth Lynch, od lat prowadzącą w Polsce chóry gospelowe. No i jeszcze jedna – Mesjasz prawdziwy – gdzie w miarę tradycyjnie przedstawiłam nasze piękne polskie kolędy. Bardzo szczegółowo pracowałam nad tą płytą, bo przecież kolędy to czas Świąt, czas specjalny dla każdego, a więc i wynik pracy musi być wyjątkowy.

Opowieści o miłości zawsze miały licznych zwolenników. Czy zdaniem Pani czas skutecznie weryfikuje nasze uczucia?

– To mądre powiedzenie „ Czas jest sędzią naszych uczuć” jest tak bardzo prawdziwe. Czas jest w ogóle genialnym weryfikatorem naszego życia. Skutki decyzji, które podejmujemy, podlegają niewątpliwie ocenie.   Ale tak naprawdę, czas po prostu płynie, a z jego upływem nadchodzą zmiany i my się zmieniamy. Niektórzy do tych przemian dostosowują się lepiej, inni gorzej. Albo może nie oceniając – inaczej. To powoduje, że mówimy, że jakaś decyzja była dobra lub nie. To nie czas, tylko różne okoliczności mające wpływ na nas, pomagają nam lub nie i okazuje się, czy dokonywaliśmy właściwych wyborów. 

Uczestniczyła Pani w realizacji kilku oratoriów, śpiewała w kościołach, teatrach i filharmoniach. Czego dotąd nie udało się jeszcze zrealizować?

– Owszem, nie tylko śpiewałam w kościołach, teatrach, filharmoniach, ale grałam też główne role w dwóch musicalach: „Zorba” i „Chicago”. Myślę, że jeszcze wiele przede mną. Nie grałam w filmie, ale może uda się kiedyś zagrać w noweli ???? Marzę o paru koncertach, ale nie mogę przecież głośno tych marzeń wypowiadać! Mam kilka ukrytych talentów i kilka pomysłów w zanadrzu, zatem nie tracę nadziei, że uda się doprowadzić do ich realizacji. Niedawno, znalazłam zupełnie nieoczekiwanie w komputerze notatkę z wypowiedzią pewnego widza, po obejrzeniu premiery musicalu Chicago -„znalem Ewę, jako wokalistkę, ale nie miałem pojęcia, że jest całkiem niezłą aktorką”.

Co dopinguje Panią do pracy?

– Poza dopingiem farmakologicznym, którego nie używam, jest wiele czynników, które mogą dopingować. Dla mnie jest to z pewnością reakcja publiczności, która pozwala trwać mimo różnych przeszkód i nadal pracować w przekonaniu, że to, co robię ma sens. Na pewno dobre opinie, ale i konstruktywna krytyka, która tak naprawdę pomaga mi rozwijać się artystycznie.

Sprawia pani wrażenie osoby pogodnej i spontanicznej. Czy czuje się pani szczęśliwa?

– Powiem tak: Cieszę się, że sprawiam takie wrażenie. Jestem szczęśliwa, bo żyję…. I wiem, choć nie potrafię tego wytłumaczyć, że żyje się na zawsze. To, co jest po drodze i czasem sobie z tym nie radzę, nie powoduje zmiany mojego charakteru. Staram się nie okazywać lub też, jeśli już mi się zdarzy, to marudzę z pewnym dystansem do siebie i z uśmiechem na twarzy. Najgorzej mają najbliżsi, ale chyba nie jest tak źle. Mam nadzieję. Poza tym, niezależnie od życiowych spraw, szczęście powinno się odczuwać wewnątrz siebie. Czasem, aby to zrozumieć, trzeba długo czekać, ale warto…Kiedy człowiek zaczyna zauważać, że mimo jego wysiłków życie toczy się swoim torem i nie idzie w parze z naszymi oczekiwaniami, zaczyna nabierać dystansu przede wszystkim do siebie i tu się zaczyna lekcja wewnętrznej wolności. A przecież taka wolność, to szczęście!

Muzyka towarzyszy pani nieustannie w pracy, a jak pani wypoczywa?

– Wypoczywam na pewno w ciszy – w domu, medytując, rozmyślając. Bardzo lubię być sama – wtedy przenoszę się w inną przestrzeń. Kiedy łapię dystans, zaczynam czuć tę wolność, o której mówiłam, a wtedy fruwam… z dala od zgiełku i waśni … Wtedy spotykam samego Boga, dzięki któremu jestem tu, na ziemi i wtedy jestem w Niebie.

Czy śpiewając jazz, bluesa, soul i gospel można zapewnić sobie dostatnie życie?

– Hmm. Jak by to powiedzieć, to zależy, jakie ktoś ma wymagania i co rozumie przez dostatnie życie. Jeśli pyta Pan czy można z tego żyć – to raczej bardzo trudno. Chociaż jazzowych koncertów wcale nie jest tak mało, to głośno mówi się o nich zdecydowanie za mało. Ja na szczęście mam jeszcze inne projekty. 

Za co jest pani wdzięczna Bogu?

– Kochanemu Bogu jestem wdzięczna za życie, bo jest to wyraz Jego Miłości. Thomas Merton, słynny duchowny pisał, że każde życie jest wyrazem Miłości Boga. Gdyby Go nie było, to wszystko, co nas otacza natychmiast przestałoby istnieć…  

 

rozmawiał: Istvan Grabowski
zdjęcia: archiwum artystki

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Wyślij tweeta
Share on email
Wyślij e-mailem

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czytaj więcej o:

Reklama

Reklama

Zobacz podobne artykuły

Reklama