Reklama

Kultura: Wystarczają nam role Błaznów. Z Maurycym Polaskim, członkiem Kabaretu Pod Wyrwigroszem rozmawia Istvan Grabowski

Kabaret pod Wyrwigroszem to czwórka wesołków gotowych rozbawić największego ponuraka. Trzeba mieć wyjątkowe poczucie humoru i wyczucie sceny, by przez ćwierć wieku występować ku uciesze licznego audytorium. Tego można krakusom pozazdrościć, bo w tym, co robią są niesłychanie skuteczni. W najbliższą sobotę 25 stycznia będą bawić międzyrzecką publiczność.

Istvan Grabowski: Podobno każdy żołnierz nosi w tornistrze buławę marszałkowską, a każdy aktor filmowego Oscara. Czy uzyskując dyplom magistra sztuki nie marzyły się Wam role Hamletów i Kordianów?

Maurycy Polaski:I Królów Learów też. Ale proszę zwrócić uwagę, że na Learów mamy jeszcze spore szanse! Póki co, w zupełności wystarczają nam role Błaznów

Istvan Grabowski: Co sprawiło, że zawodowi aktorzy zdecydowali się na flirt z kabaretem?

Maurycy Polaski: Byliśmy młodymi ludźmi. A młodość niesie ze sobą bunt. Kabaret wydawał się idealną formą na jego podjęcie. Chcieliśmy wykrzyczeć światu swoją opinię w zakresie wielu aktualnych spraw, które nas wtedy dotyczyły. Przy okazji przypominam, że kończyliśmy studia w bardzo niepewnych czasach. Ta niepewność dotyczyła także nas, młodych aktorów. O prywatnych teatrach jeszcze się nikomu w Polsce nie śniło. My, jako pionierzy siermiężnego kapitalizmu poszliśmy jako grupa kabaretowa „na swoje”. I tak już zostało

Istvan Grabowski: Czy prywatnie jesteście równie weseli, co na scenie?

Maurycy Polaski: Myślę, że mieścimy się w średniej krajowej. Zresztą nawet z naszą sceniczną wesołością jest tak, że staramy się zawsze pamiętać, żeby to na widowni było bardziej wesoło niż u nas.

Istvan Grabowski: Telewizja publiczna hołubi w ostatnich latach grupy kabaretowe, co jest na rękę także Waszemu zespołowi. Nie wszyscy jednak mają podobny dar rozbawiania widzów do łez. Czy w Waszym przypadku jest to efekt świetnie napisanych i zaaranżowanych tekstów, czy także zdolności aktorskich?

Maurycy Polaski: Hołubienie kabaretów przez TVP ma dwa końce. Zgoda. Rozrywki w telewizji jest dużo. Ale czy nie sądzi Pan, że ilość programów kabaretowych przerasta nieco zapotrzebowanie? Moim skromnym zdaniem, telewidzowie mają przesyt! I w związku z tym pojawia się drugi koniec: otóż, stajemy się jako konsumenci coraz bardziej wygodni. A jeśli mamy czegoś wystarczająco dużo (myślę tu o kabarecie w telewizji) w fotelu i przy dobrej kawce, wtedy znacznie mniej chętnie wyruszamy z domu, żeby to „coś” oglądać na żywo. A przecież bezpośredni kontakt w relacji widz – kabaret przenosi obie strony w zupełnie inny wymiar, niedosiężny dla przekazu TV! Całe szczęście, nasi widzowie to doskonale rozumieją. I chwała im za to!

Istvan Grabowski: Czy istnieje jakiś przepis na idealny skecz bawiący każdą publiczność?

Maurycy Polaski: Proszę Pana! Jeśli chodzi przepis na coś idealnego, to koleżanka Rybarska ma taki przepis. Na mielone. A skecz? Skecz dopiero w trakcie grania doznaje niezbędnego szlifu, dzięki któremu publiczność się cieszy. Rany! Gdyby ktoś znał receptę na idealny skecz, byłby milionerem! Czyli – posługując się nomenklaturą kulinarną – przepisu nie ma, ale pomimo to danie często wychodzi lekkostrawne.

Istvan Grabowski: Jak rodzą się Wasze programy? Piszecie je sami, czy wspólnie z satyrykiem RMF FM Tomaszem Olbratowskim?

Maurycy Polaski: Nasza mocarna dłoń ma pięć palców! Tomek jest pełnoprawnym członkiem zespołu. Nie można go traktować na zasadzie: „my” i „on”. Po prostu jest kabaretowi bardzo potrzebny. I nawzajem.

Istvan Grabowski: Nie wszyscy entuzjaści Kabaretu pod Wyrwigroszem wiedzą, że karierę zaczynaliście w 1994 roku w pewnej krakowskiej restauracji, od której zaczerpnęliście nazwę. Jak wspominacie tamte lata?

Maurycy Polaski: Było twórczo. Mroczno. Piwnicznie. To był poligon doświadczalny. Tester nowych piosenek i skeczy. W każdy poniedziałek przy ul. Św. Jana 30 przychodzili do nas widzowie w ilości około 70. Niektórzy zjawiali się sie regularnie co tydzień! Zdarzało się, że program kończący się o 22 miał nieoficjalną kontynuację do białego rana. Pianino, wspólne śpiewanie, biesiady podlewane czym popadnie… To był bardzo romantyczny okres. Ech!

Istvan Grabowski: Startowaliście w nieco liczniejszym składzie? Czy ten obecny wydaje się idealny?

Maurycy Polaski: Tak. Jesteśmy „dotarci” i artystycznie i osobowościowo. Mamy gremialnie zaakceptowaną drogę artystyczną i uczciwie próbujemy się jej trzymać. Kłócimy się, ale także wzajemnie lubimy. I od czasu do czasu nawet szanujemy! Każdy wie, po co jest w zespole i jaką mu dodaje wartość. Jak Pan wie, wiele grup definitywnie rozpadło się ze względu na indywidualne ambicyjki ich członków. My i Rolling Stonesi trwamy.

Istvan Grabowski: Macie za sobą mnóstwo imprez, choćby Turnieje Satyryków, Opolska Noc Kabaretowa, PAKA, Mazurskie Biesiady Kabaretowe. Która z dotychczasowych imprez wydała się Wam przełomowa, po której słoneczko powodzenia zaświeciło Wam jakby mocniej?

Maurycy Polaski: Było kilka takich „podskoków”. Pozwoli Pan, że wspomnę tylko o jednym. Parę lat temu TVP2 emitowała jakiś satyryczny turniej. Braliśmy w nim udział rywalizując z Koniem Polskim. Zaśpiewaliśmy piosenkę „Donald marzy”. Sukces, jaki odniosła przerósł nasze najśmielsze oczekiwania!

Istvan Grabowski: Z czym kojarzy się Wam sukces?

Maurycy Polaski: Ze złotym medalem na Igrzyskach. To musi być fantastyczne uczucie!

Istvan Grabowski: Zasłynęliście ze znakomitych parodii kucharzy, podróżników, śpiewaków, podróżników i celebrytów. Co pomaga Wam w uwypuklaniu cudzych słabostek – wyostrzony zmysł krytyczny, umiejętność trzeźwego spoglądania na otaczający świat czy jakaś inna cecha?

Maurycy Polaski: Właściwie odpowiedź zawarł Pan w pytaniu. Trzeba umieć obserwować, potem dodać odrobinę talentu i koniecznie pamiętać, że parodia zawsze powinna być „po coś”. No i jeszcze musi być udana. Nietrafiona parodia staje się żałosna.

Istvan Grabowski: Jak długo zajmuje Wam przygotowanie jednego skeczu?

Maurycy Polaski: Nie da się tego nijak zmierzyć. Czasem proces twórczy idzie jak po grudzie, a czasem – pyk! i jest! A co do ostatecznego kształtu skeczu… Proszę pamiętać, że to Publiczność jest ostatecznym i bezapelacyjnym reżyserem naszych estradowych poczynań. Najczęściej jest tak, że po pół roku grania, szkielet numeru jest podobny do założonego, ale pod wpływem doświadczeń zdobytych w kontakcie z widzem – reszta zostaje „ulepiona” niejako na nowo.

Istvan Grabowski: Czy wasze skecze mają długi żywot? Jak często wymieniacie je w programie scenicznym?

Maurycy Polaski: Reagujemy elastycznie. Wymieniamy poszczególne cegiełki. A to coś się zdezaktualizowało, a to znudziło. Albo wpada jakiś nowy pomysł… Niektóre numery, nawet długo grane, po prostu żal wyrzucić. A program nie jest z gumy… Efekt jest taki, że jeżeli ktoś przyjdzie nas obejrzeć po – powiedzmy – dwóch latach od poprzedniego razu, zobaczy z pewnością zupełnie nowy program.

Istvan Grabowski: Ogromne powodzenie zapewnił Wam cykl „Między Bugiem a prawdą”, trafnie komentujący prowincjonalną współczesność i uznawany za wizytówkę Kabaretu pod Wyrwigroszem. Skąd wziął się Wasz kresowy zaśpiew?

Maurycy Polaski: Mamy w składzie dwoje białostoczan: Beatę i Andrzeja. Reszta sobie ze wschodnim zaśpiewem też jakoś radzi. Ale nasi Kresowiacy są wiarygodni nie tylko ze względu na formę. Tam jest po prostu dużo ludowej mądrości!

Istvan Grabowski: Jak na Wasze zabawne scenki spoglądają najbliżsi? Podzielają Wasze poczucie humoru?

Maurycy Polaski: Odpowiedź może zabrzmi zaskakująco, ale nasi najbliżsi są bardzo surowymi krytykami. A przecież to dla nich piekielnie trudne zadanie, żeby czasami wydać jakąś niepochlebną recenzję. Powiedzenie w oczy zachwyconemu sobą artyście, że zrobił coś do kitu graniczy z odwagą godną kamikadze! Ale dzięki temu mamy do rodziny zaufanie. Ograniczone, bo ograniczone, ale jednak!

Istvan Grabowski: Na scenie tworzycie wyjątkowo zgraną pakę. Czy chętnie spotykacie się też po pracy?

Maurycy Polaski: Trochę brakuje na to czasu. Ale wszelkie imieniny, urodziny i jubileusze obchodzimy wspólnie! „Rodzina, ach rodzina”.

Istvan Grabowski: Jaka jest Wasza ocena coraz bogatszej sceny kabaretowej? Odnoszę bowiem wrażenie, że młodzi, marzący o karierze kabareciarze nie mają równie wystrzałowych programów, co Wasze czy Kabaretu Moralnego Niepokoju.

Maurycy Polaski: Hmm… Odpowiem dyplomatycznie: marzenia są piękne. Młodemu człowiekowi, raz pokazanemu w telewizji wydaje się, że złapał pana Boga za nogi. Że od razu uda mu się pojechać w trasę, podbić rynek i zarobić kupę kasy. A tu weryfikacja bywa bardzo bolesna. Sprzedaje się bowiem tylko to, co widz zechce kupić. Tak czy inaczej – każdy w końcu dla siebie znajdzie odpowiednie miejsce na estradzie. A z czasem to i programy będą coraz lepsze.

Istvan Grabowski: Z jakimi reakcjami spotykacie się podczas wędrówek z Kolbergiem po kraju. Czego domagają się Wasi widzowie?

Maurycy Polaski: Czego się domagają? Dłuższego programu. Dla niektórych widzów bite dwie godziny to zdecydowanie za mało…

Istvan Grabowski: Jak często macie okazję grać na scenie nie tylko w programach kabaretowych?

Maurycy Polaski: Dwa, trzy dni w miesiącu. Andrzej występuje od czasu do czasu w Ludowym i w Bagateli, reszta najchętniej w teatrze STU w Krakowie. To teatr impresaryjny, gdzie jesteśmy angażowani do konkretnych ról. Z reguły w dublurach, albowiem to kabaret jest naszym głównym „żywicielem” i w związku z tym zawsze musimy mieć możliwość manewru. Teatr jest szlachetnym dodatkiem do naszego „rozrywkowego” trybu pracy. No i nie trzeba nigdzie jechać. Wychodzi się z domu godzinkę przed spektaklem i już. Coś pięknego!

Istvan Grabowski: Czym zajmujecie się najchętniej, kiedy nie musicie występować?

Maurycy Polaski: O, to, to! Co za mądre pytanie! Gramy dużo, przeszło 200 razy w roku. Ale jak tylko pojawia się wolna chwila, każdy ma coś swojego. Beata – dom i zakupy, Tomek – wino, Łukasz – latanie (ma licencję pilota) i produkcje filmowe, Andrzej – muzyka (we wszelkich aspektach), ja (Maurycy) – tenis i pisanie wierszy (ostatnio wydany tomik dla dzieci „Wierszyki na giętkie języki”). Poza tym wychowujemy dzieci na rozsądnie myślących ludzi i staramy się żyć najnormalniej na świecie. Czego i Państwu serdecznie życzymy!


materiał: kultura
tekst : Istvan Grabowski
opracowanie: Gwalbert Krzewicki

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępnij
Share on twitter
Wyślij tweeta
Share on email
Wyślij e-mailem

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czytaj więcej o:

Reklama

Reklama

Zobacz podobne artykuły

Reklama